Po pierwsze, chociaż prezes PiS nie użył tego sformułowania, w jego wypowiedzi zawarta jest obiegowa definicja symetryzmu, jaką znaleźć można w polskiej debacie publicznej począwszy od 2015 r. Według niej symetryzm ma być perspektywą intelektualną polegającą na utożsamieniu postępowania rządu Platformy Obywatelskiej przed 2015 r. oraz rządu Prawa i Sprawiedliwości po zwycięskich wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Krytycy tak rozumianego symetryzmu po stronie opozycyjnej twierdzili, że prowadzi on do niebezpiecznej relatywizacji łamania konstytucji przez rząd Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Krytycy po stronie prorządowej uważali z kolei, że symetryści udają, że nie dostrzegają, jak bardzo inny od poprzednich ekip jest zespół wprowadzający „dobrą zmianę”.

Po drugie, zdanie Kaczyńskiego wyraża częste u krytyków symetryzmu paradoksalne przekonanie. Mimo iż tzw. symetryści nie stanowią żadnej zorganizowanej grupy, a raczej niewielką grupę publicystów, uważani są za bardzo wpływowych czy wręcz niebezpiecznych.

Ponieważ w Polsce strona pisowska i jej przeciwnicy rzadko się co do czegoś zgadzają, interesujące jest, dlaczego akurat w kwestii symetryzmu panuje takie zrozumienie.

Ja, ty, on, ona...

Warto jedną rzecz wyjaśnić. Krytycy symetrystów z obu stron umieszczają w jednej grupie osoby niemające ze sobą wiele wspólnego pod względem ideowym. Zalicza się tu np. lewicowego Grzegorza Sroczyńskiego (Gazeta.pl), centrowe środowisko „Kultury Liberalnej”, prawicowe środowiska Klubu Jagiellońskiego i „Nowej Konfederacji”, lewicowych sympatyków partii Razem i powstającej partii Roberta Biedronia czy publicystów takich jak Piotr Skwieciński („Sieci”), Piotr Zaremba („Sieci”, DGP) czy Konrad Piasecki (TVN24). Przy tym jedynie nieliczni – jak Rafał Woś („Tygodnik Powszechny”) czy Robert Mazurek (RMF i DGP) – otwarcie określiły się jako symetryści.

Pozostali niechętnie witają określenie „symetrysta” pod swoim adresem. Częściowo wiąże się to z przekonaniem, że słowo to pełni w istocie funkcję zawoalowanej inwektywy. Częściowo natomiast odgrywa tu rolę wrażenie, że krytykom chodzi bardziej o wygodne ustawienie sobie przeciwnika w debacie publicznej, przekręcanie jego słów niż o wysłuchanie tego, co ma on do powiedzenia, a zatem – co szczególnie niepokojące – niż podjęcie poważnego dialogu.