Ilekroć ankieterzy CBOS pytają obywateli, jakie profesje cieszą się w kraju największym szacunkiem, to zawsze na szarym końcu tej listy o ostatnie miejsce zażartą walkę stacza profesja "posła" z profesją "polityka". Nawet zawód "bankier-fiansista" cieszy się większą sympatią respondowanych, mimo wciąż rosnącego zadłużenia obywateli.

Polacy zdecydowanie obwieszczają swą niechęć do rodzimych polityków, a jednocześnie unikają zrobienia im przykrości za pomocą urny wyborczej, gdy raz na kilka lat mają ku temu okazję. Oczywiście największą przykrość sprawia się przeniesieniem głosu na inne ugrupowanie. Jednak w III RP staje się to coraz trudniejsze.

Za sprawą długoletniej wojny między PO a PiS scenę polityczną zdominowały dwa, wielkie obozy, wokół których orbitują słabnące przystawki. Ich los jest coraz marniejszy, bo polska tradycja nakazuje oddawać głos w wyborach nie za kimś, lecz przeciwko komuś. Wyborcy tradycyjnie oddają głos przeciwko Platformie albo przeciwko PiS-owi. Na tak spolaryzowanej scenie politycznej mniejsze partie stają się coraz bardzie zbędne.

Jednocześnie z każdym rokiem trudniej jest przejść do drugiego obozu. Skoro przez ostatnią dekadę głosowało się przeciw PO, to niezależnie ile razy marszałek Kuchciński wozi za darmo rządowym samolotem lub helikopterem: żonę, dzieci, ciotki, wujków, dalszych krewnych, znajomych krewnych, ich przychówek i zwierzęta domowe, to i tak nie sposób z dnia na dzień przejść do obozu platformerskiego, by zagłosować przeciw Prawu i Sprawiedliwości. Rów jest już zbyt głęboki.

Ta niemożność zmiany frontu powoduje, że wyborcy przestają korzystać z największego przywileju oferowanego przez demokratyczne państwo, a mianowicie prawa do usuwania polityków z polityki. Tymczasem, jeśli nad ludźmi parającymi się tą profesją nie wisi cały czas groźba bezrobocia, to skutki takiego poczucia bezpieczeństwa są opłakane dla wszystkich. Gdy wyborcy nie przeczołgują regularnie polityków, ci błyskawicznie zaczynają się psuć, deprawując przy okazji otoczenie.

Zepsuty polityk, któremu puszczą hamulce, przysysa się do żywego organizmu państwa niczym kleszcz i zaczyna ssać profity. Jako, że miesięczna pensja jaką mu III RP wypłaca nikomu dziś już nie imponuje, tym większa jest pokusa zassania bonusów. Dobranie się do nich dla obrotnej osoby nie bywa trudne, nawet jeśli nie jest marszałkiem Sejmu. Z nasilaniem się "zasysania", trafiają do obywateli za sprawą mediów kolejne informacje o: darmowych lotach, równie bezpłatnych delegacjach na krańce świata, samochodach służbowych na własny użytek, popłatnych posadach dla krewnych i znajomych, itp., itd.

Wspomniane ssanie odbywa się ponad wszelkimi podziałami. Za poprzedniej władzy wielkim miłośnikiem podniebnych przestworzy okazywał się ówczesny marszałek Senatu Bogdan Borusewicz latający średnio raz na trzy dni z Warszawy do Gdańska. Wedle starych doniesień "Super Expresu" bywało, że marszałek gnał na lotnisko, bo jego psu w Gdańsku chciało się siku, a nie miał kto biednego stworzenia wyprowadzić pod drzewo. Podatnik pokornie płacił, bo rozumiał cierpienia zwierzaka, zmuszonego wstrzymywać mocz, jeśli np. z powodu złej pogody lot się opóźniał. Takich historii można przytaczać bez liku. Jako, że wedle starej mądrości przykład "idzie z góry", wszystkie one atakują naturalne u ludzi przekonanie, że warto być uczciwym.

Na tym szkody się nie kończą. Jeśli wyborcy zachowają się tak, jak zazwyczaj, to o tym, kto zasiądzie w Sejmie zdecydują de facto liderzy dwóch głównych partii. To Jarosław Kaczyński oraz Grzegorz Schetyna wraz ze swym najbliższym otoczeniem układali ostatnio listy wyborcze, rozstrzygając o nazwiskach, jakie znajdą się na trzech – czterech pierwszych miejscach oraz na ostatnim. Od lat wiadomo, że te właśnie pozycje wręcz gwarantują kandydatom dwóch głównych partii wejście od parlamentu. Gdy owa prawidłowość nie zadziała, staje się to prawdziwą sensacją. Podobnie sensacyjnie robi się, kiedy osoba ze środka listy, mimo wszystko zostaje posłem.

Posiadanie decydującego głosu odnośnie kolejności na wyborczych listach sprawia, iż lider partii zdobywa w niej władzę niemal absolutną. Daje mu ją możność dzierżenia w swym ręku politycznej przyszłość członków stronnictwa. Wprawdzie po broń tą może sięgnąć średnio raz na cztery lata, lecz gdy zademonstruje wszystkim, iż nie boi się jej użyć, wówczas nie musi robić wiele więcej. Stara mądrość mówi, że "nie kąsa się ręki, która karmi" … i wiele więcej nie potrzeba dodawać. Na końcu tej drogi coraz wyraźniej rysują się dwie wodzowskie partie z bardzo zepsutymi politykami, mogącymi żyć bez stresów, bo na spolaryzowanej scenie politycznej wyborcy ich nie odrzucą. No chyba, że jakimś cudem najdzie ich w końcu ochota na zafundowania sobie małej przyjemności.

Z powodu niedopatrzeń ustawodawcy ordynacja wyborcza daje obywatelom III RP nadal możność przeczołgania polityków także z partii, na którą planują zagłosować. Wystarczy jedynie zignorować pierwszych pięć miejsc na liście i podobnie potraktować ostatnie. Gdzieś po środku czają się anonimowe kandydatki i kandydaci na posłów, istniejący tylko po to, żeby listę zapełnić. Często są to wartościowi ludzie, którzy czymś się przysłużyli społeczności lokalnej, ale z powodu braku przebojowości lub nadmiaru skrupułów, nie potrafią zrobić wielkiej kariery politycznej. Bywa nawet, że szczerze leży im na sercu dobro ojczyzny i chcieliby dla niej uczciwie pracować. Gdyby więc wyborcy dali im szansę, mogłoby wszystkich czekać przyjemne zaskoczenie. Acz i tak jest ono niczym w zestawieniu z małą apokalipsą, jaką bez problemu dałoby się zafundować politykom z obu obozów.

Masowe zignorowanie pierwszych miejsc na listach wyborczych oznaczałoby bowiem, wywalenie poza parlament całej wierchuszki każdej partii. Już sam widok min notabli dzień po wyborach byłby rzeczą bezcenną. Oto nagle ich świat stanął na głowie, w stronnictwie może władzę przejąć trzeci szereg, a tu jeszcze trzeba się uśmiechać do kamery i pogratulować świetnego wyniku partyjnym kolegom, służącym wcześniej do pomiatania. Po tak spektakularnej katastrofie każdy zdrowy na umyśle polityk dwa razy by się zastanowił zanim zdecydował na zepsucie. Zaś wyborca nadal głosowałby przeciwko obozowi, którego szczerze nie cierpi. Dając sobie tak szansę na podwójną przyjemność przy jednym głosowaniu. A gdyby przypadkiem w okręgu warszawskim zignorowano jedynki na wszystkich listach, niektórzy mieliby szansę nawet na potrójną.