Unii Europejskiej pozostaje nucić za Taylor Swift „I knew you were trouble”, z refrenem zaczynającym się od słów: „Bo wiedziałam, że sprawisz kłopoty, gdy tylko wszedłeś”. Wszak to, że Anglia definitywnie odpływa z unijnego portu, ciągnąc za sobą resztę Wielkiej Brytanii, nie oznacza początku kłopotów, bo te Zjednoczone Królestwo sprawiało europejskiej wspólnocie od samego początku. Tym bardziej nie zwiastuje ich końca, bo tak naprawdę, prawdziwe kłopoty mogą się dopiero zacząć.

Reklama

Na Starym Kontynencie przez ostatnie lata dominowała opinia, że Londyn oszalał, zaś Anglicy których głosy zdecydowały o brexicie (Szkoci zupełnie się do niego nie palili), stracili do reszty zdrowy rozsadek. To spojrzenie umacniał paroksyzm, dotykający po referendum brytyjską scenę polityczną. Jednak apokaliptyczne prognozy, że Wielką Brytanię czeka katastrofa ekonomiczna, która nieuchronnie przyniesie jej rozpad i marginalizację Anglii, jakoś nie chcą się sprawdzić. Zjednoczone Królestwo ma się nadal całkiem dobrze. Co więcej na tle spowolnienia dotykającego kraje Europy Zachodniej, brytyjska gospodarka okazuje się odporniejsza na recesję od francuskiej i niemieckiej.

Podobnie trafne mogą się okazać diagnozy europejskich mediów mówiące o zgonie brytyjskiego pragmatyzmu, zdefiniowanego półtora wieku temu przez premiera Henry Palmerstona słowami: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Za sprawą takiego podejścia mała wyspa, leżąca na krańcu Starego Kontynentu, zbudowała niegdyś imperium, które za rządów Palmerstona zamieszkiwało pół miliarda ludzi (wówczas ok. 30 proc. całej ludzkości). Tak gigantyczny sukces ponad wszelką miarę przekraczał potencjał ekonomiczny i militarny małej wyspy. Nie mógł więc trwać wiecznie. A jednak imperium rozrastało się przez cały dziewiętnasty wiek, a przetrwało do połowy dwudziestego. Nawet jego zmierzch następował w bardzo pragmatyczny sposób, bo Londyn, gdy kolonie twardo domagały się suwerenności, zawsze w pewnym momencie odpuszczał. Godząc się na rozstanie w zamian za przyjaźń.

Rozkład brytyjskiego imperium miał bardzo wiele wspólnego z początkami jednoczenia się Europy. Tuż po II wojnie światowej to właśnie były premier Zjednoczonego Królestwa Winston Churchill jako pierwszy podniósł na forum publicznym konieczność takiego procesu. „Musimy głosić misję tworzenia takiej Zjednoczonej Europy, której moralne fundamenty zdobędą sobie szacunek i wdzięczność ludzkości i której siła fizyczna będzie tak potężna, że nikt nie odważy się zakłócić jej spokojnego władania” – ogłosił w maju 1948 r., podczas kongresu w Hadze. Churchill wiedział, że jedynie wspólnymi siłami Stary Kontynent ma szansę powstrzymać ekspansję Związku Radzieckiego, a jednoczenie widział, iż bez dostępu do europejskich rynków Wielka Brytania nie podźwignie się z kryzysu gospodarczego. Ten zaś stał się permanentny, bo na straty spowodowane przez wojnę światową nałożyły się kolejne, wynikające z pożegnania z koloniami.

Wspólna Europa z wizji Churchilla to związek suwerennych państw tworzących militarny sojusz oraz wielką strefę wolnego handlu. Tymczasem dla Francuzów: Roberta Schumana oraz Jeana Monneta miała ona być w przyszłości jedną federacją polityczną powstałą za sprawą zacieśniania współpracy gospodarczej. Jak się okazało to, co proponował Churchill, było czymś zupełnie odmiennym niż struktura stworzona za sprawą ścisłej współpracy Francji z Republiką Federalną Niemiec. Ten fakt w Londynie przełknięto z wielkim trudem.

Kiedy rodziła się Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG) premier Harold Macmillan próbował stworzyć dla niej alternatywę razem ze: Szwecją, Danią, Austrią, Portugalią i Szwajcarią. Jednak Europejskie Stowarzyszenie Wspólnego Handlu (EFTA) nie posiadało dość potencjału, by przebić ofertę EWG. W latach 60. zachodnioniemiecka gospodarka pędziła do przodu, francuska miała się znakomicie i nawet Włochy chwaliły się ekonomicznymi sukcesami. Tymczasem Wielka Brytania staczała po równi pochyłej. Trzy wielkie gospodarki przeciwko jednej, powoli konającej. Końcowy wynik takiej konkurencji dawało się łatwo przewidzieć. Ta przykra konstatacja skłoniła premiera Macmillana, żeby pójść za radą, jaka jeszcze przed II wojną światową stała się bardzo popularnym powiedzonkiem wśród posłów do Izby Gmin. Brzmiało ono: „Cóż, jak widać, są od ciebie lepsi. Jeśli nie możesz ich pokonać, przyłącz się do nich. Jestem pewien, że cię przyjmą”. Londyn postanowił przyłączyć się do EWG, choć wiedziano, że Paryż i Bonn wcale tego nie pragną. Pragmatyzm nakazywał w takiej sytuacji użyć Europejskiego Stowarzyszenia Wspólnego Handlu jako karty przetargowej, bez oglądania się na interes pozostałych członków. Tak też zrobiono.

Jednak dopóki prezydentem Francji był gen. Charles de Gaulle wszelkie oferty kolejnych brytyjskich rządów były przez niego konsekwentnie wetowane. De Gaulle w końcu odszedł z Pałacu Elizejskiego i nic już nie stało na przeszkodzie wejścia Zjednoczonego Królestwa do wspólnoty. Tym bardziej, że zapragnęły tego Niemcy szukające przeciwwagi dla Francji. Kolejne dwie dekady Anglicy wykorzystali znakomicie. Pod rządami Margaret Thatcher Wielka Brytania z „chorego człowieka Europy” zamieniła się w jedną z najprężniejszych gospodarek. Jednocześnie „Żelazna dama” konsekwentnie wetowała wszelkie próby integracji politycznej i zbyt daleko idącej – ekonomicznej. Dopiero po jej dymisji w 1990 r. nowy premier John Major zgodził się, by kraj wszedł do tzw. mechanizmu ERM ujednolicającego kursy zachodnioeuropejskich walut. To ta decyzja mogła okazać się przełomową. W zamyśle (głównie Paryża) ERM był wstępem do wprowadzenia wspólnej waluty, a także stopniowej unii politycznej. Podczas rozmów na szczycie w Maastricht Londyn wynegocjował zgodę innych państw na to, by nie musiał zastąpić funta euro oraz został uwolniony z wielu innych obowiązków integracyjnych. Jednak zachował pełną możność dalszego integrowania się z resztą Europy Zachodniej, gdyby chcieli tego brytyjscy wyborcy. Optymiści zakładali, iż jest to nieuniknione.

Tymczasem to, jaką drogą pójdzie Zjednoczone Królestwo, ważyło się zaledwie przez kilkanaście miesięcy. Paradoksalnie punkt zwrotny zafundował Wielkiej Brytanii i Staremu Kontynentowi jeden z najgorętszych zwolenników jego integracji - George Soros.

Jedynie pochodzący z Węgier amerykański miliarder mógłby odpowiedzieć na pytanie, czemu jesienią 1992 r. postanowił pomnożyć swą fortunę kosztem Brytyjczyków? Być może w grę wchodziła po prostu łatwa do zrozumienia chciwość. W każdym razie razem z grupą inwestorów przygotował pułapkę na Bank Anglii, do której zapędził go spekulując kursem funta. Obecność w mechanizmie ERM zmuszała brytyjski bank centralny do walki ze zbyt gwałtownymi wahnięciami kursu waluty, bez względu na koszty. Spekulanci Sorosa tak długo „bujali” funtem aż Bank Anglii stracił większość rezerw wyrzucając niemal dosłownie w błoto 27 mld funtów. Po czym musiał drastycznie podnieść stopy procentowe.

Wreszcie 16 września 1992 r. kanclerz skarbu Norman Lamot ogłosił, że Wielka Brytania opuszcza ERM. Potem okazało się, że osłabienie waluty przyniosło Zjednoczonemu Królestwu sporo pozytywów. Pod koniec lat 90. średni roczny przyrost PKB zaczął oscylować w granicach 2,7 proc., a funt odrobił straty. Sukces ekonomiczny utwierdził Brytyjczyków w przekonaniu, że przyjęcie euro może tylko zaszkodzić. Mimo to w 1997 r. kanclerz skarbu w rządzie laburzystów Gordon Brown przygotował test pozwalający określić, czy królestwo jest gotowe na wprowadzenie wspólnej waluty. Test Browna wykazał, że euro jedynie zaszkodzi brytyjskiej gospodarce.

W roku 2001 powtórzył go premier Tony Blair. Negatywny wynik zdecydował, iż w Londynie już nigdy nie rozpatrywano na poważnie wejścia do unii walutowej. Brytyjski pragmatyzm sprawiał, że Zjednoczone Królestwo, odwrotnie niż Włochy, Hiszpania czy mała Grecja, zawsze pozostawiało sobie alternatywę i możliwość manewrowania. Dziś wyjście z Unii Europejskiej to niemal niedogodność w porównaniu z tym, jakie wstrząsy gospodarcze mogłoby przynieść opuszczanie strefy euro przez tak dużą gospodarkę jak brytyjska.

Brak krachu nie znaczy, że odpłyniecie Wielkiej Brytanii od reszty Starego Kontynentu nic nie zmienia. Najmniejsze zmiany dla Europy są możliwe, jeśli poczynania Borisa Johnsona przyniosłyby królestwu długotrwały kryzys połączony z rozpadem. Wówczas brexit stałby się odstraszającym przykładem zarówno dla rządów unijnych państw, jak i zwykłych obywateli. Ale co, jeśli katastrofy nie będzie?

Reklama

Przecież dobrze prosperujące Zjednoczone Królestwo stanie się nieustannie kłującym w oczy dowodem na to, że życie poza Unią jest możliwe. Już ten fakt będzie inspirował wszystkie eurosceptyczne partie na kontynencie. Na dokładkę aż do wybuchu II wojny światowej fundamentem brytyjskiej polityki zagranicznej było dbanie, żeby Europa nie przekształciła się w jeden organizm polityczny dość silny, by móc całkowicie stłamsić kraj chroniony jedynie przez kanał La Manche. Przez kilkaset lat Londyn toczył boje z Hiszpanią, Francją, Habsburgami i Niemcami, organizując wciąż nowe koalicje słabszych państw przeciwko każdemu mocarstwu pragnącemu podporządkować sobie cały kontynent.

Jeśli w ciągu następnych trzech lat negocjacje z Brukselą nie przyniosą takiego ułożenia relacji ekonomicznych, by Wielkiej Brytanii opłacało się wspierać trwałość Unii Europejskiej, wówczas możemy być świadkami powrotu do przeszłości. Z pragmatycznego punktu widzenia najwięcej zysku może przynieść brytyjskiemu rządowi osłabianie Unii poprzez wyłuskiwanie z niej kolejnych krajów. Choćby zapraszając je do strefy wolnego handlu, którą Zjednoczone Królestwo niechybnie zacznie budować (na początek ze Stanami Zjednoczonymi). Patrząc z tej perspektywy na pożegnalną konferencję prasową Nigel'a Farage w Parlamencie Europejskim, to być może „ojciec brexitu” już obstawia, że Londyn zacznie „wyłuskiwanie” od Polski.