Jeśli zgodnie z zapowiedziami rządu rozpoczniemy wycofywanie sił z Iraku latem 2008 r., a do Czadu trafimy wiosną, to przez dwa - trzy miesiące będziemy brali udział w trzech wojnach jednocześnie. W Afryce bowiem nie czeka nas tylko do wypełnienia humanitarny obowiązek pomocy uchodźcom z Darfuru. Czadyjscy rebelianci walczący z rządem wypowiedzieli wojnę Francji i jej sojusznikom z UE, czyli także Polakom. Trzy zamorskie interwencje naraz - kraj, który na to stać, musi być zaiste potęgą.

Polska nigdy nie była mocarstwem kolonialnym ani postkolonialnym. A teraz? Gdyby nie skromna skala naszego zaangażowania, polski entuzjazm do słania wojsk za morza można by wręcz uznać za militaryzm.

Irak - 900, Afganistan - 1200, Czad - 350, razem 2450 żołnierzy. Ale to tylko proste sumowanie wielkości kontyngentów. Do Iraku szykuje się dziesiąta zmiana, w Afganistanie jest druga, dochodzi do tego Dowództwo Operacyjne w kraju. To cała machina interwencyjna, tysiące żołnierzy. Albo właśnie biorą udział w zamorskich wojnach, albo na nich byli, albo trenują przed wyjazdem na nie. Niektóre jednostki w Polsce znalazły się na skraju możliwości bojowych. Bo jedna zmiana żołnierzy przebywa na misji, inna ćwiczy do niej, a kolejna wypoczywa po zagranicznych trudach. W efekcie brakuje wojska do normalnej służby w kraju.

Misje nie naruszają wprawdzie zdolności obrony naszego terytorium, są nawet pożyteczne, można bowiem przetestować podczas nich współpracę i koordynację działań z siłami sojuszniczymi, ale z politycznego punktu widzenie sprawa nie jest już taka oczywista.

Politycy, którzy wysyłają wojsko za morza, nie zadbali o społeczną akceptację dla wspierania dyplomacji siłą. A wypadałoby. Tym bardziej, że żadna z toczonych przez nas wojen nie ma wiele wspólnego ani z bezpieczeństwem Polski, ani obroną naszych interesów strategicznych. Są to interwencje w imię bezpieczeństwa i interesów innych państw.

Kiedy wysyłaliśmy żołnierzy do Iraku, robiliśmy to, by pokazać Amerykanom naszą solidarność i gotowość do poświęceń w imię sojuszu. Podobnie w Afganistanie, choć tam jesteśmy już w ramach misji NATO, które wzięło na siebie odpowiedzialność za ustabilizowanie tego kraju. Teraz jedziemy do Czadu jako część ekspedycji Unii Europejskiej, by zaskarbić sobie względy Francuzów. Premier Tusk uznał Paryż za strategicznego sojusznika Polski w UE, nic dziwnego zatem, że ruszamy na francuską wojnę.

Unia nie jest organizacją powołaną do przeprowadzania operacji wojskowych, śle jednak do Afryki nie tylko logistyków czy policjantów, ale także oddziały bojowe. Nie ma też - podobnie jak Polska - interesów w Czadzie. Przeciwnie Francja. Czad to jej dawna kolonia, w której od dziesięcioleci interweniuje, broniąc aktualnego rządu przeciwko rebeliantom lub libijskiej inwazji z północy. Co my mamy z tym wspólnego? Unia i Polska mają za to interesy w Kosowie. To część Europy, a być może za parę lat także członek UE. To nasze podwórko i na nim powinniśmy koncentrować siły i środki.

"Polityka kanonierek" w polskim wykonaniu przynosi marne rezultaty, nie staliśmy się wszak strategicznym sojusznikiem USA. W NATO jesteśmy z kolei po to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, a nie porządkować sprawy w Azji. Wzrost globalnego znaczenia tej organizacji nie leży w naszym interesie. Potrzebujemy wzmocnienia mechanizmów wzajemnego bezpieczeństwa, które obronią nas w razie potrzeby przed inwazją ze wschodu. Za dużo słychać o misjach w odległych krajach, za mało o wzmocnieniu siły NATO w Europie.

A Czad? Czym odwdzięczy się nam Francja za naszych żołnierzy? Może co najwyżej wspieraniem polskich starań o utrzymanie dotacji dla rolników, których sama i tak potrzebuje. Na pewno nie poparciem dla członkostwa Ukrainy w UE, o które zabiegamy. Nie będzie strategicznego sojuszu Paryż - Warszawa.