"Nie mogę wysłać żołnierzy w oko cyklonu" - tłumaczy szef MON Bogdan Klich w "Gazecie Wyborczej". Jak dodaje, wydał polecenie, by wstrzymać wyjazd naszego kontyngentu.

Reklama

A sytuacja w Czadzie jest coraz gorsza. Cały weekend w Ndżamenie, stolicy kraju, toczyła się regularna bitwa. Ani siły rządowe, ani oddziały rebeliantów - wspierane przez prezydenta sąsiedniego Sudanu - nie przebierały w środkach. Czołgi na ulicach, śmigłowce nad domami, broń maszynowa, granaty - korespondenci donosili o prawdziwym piekle w stolicy Czadu.

W niedzielę późnym wieczorem dowódcy wojsk broniących Ndżameny ogłosiły, że odparły atak rebeliantów. Ale polski rząd, zaalarmowany ostatnimi walkami, opóźnia wyjazd naszych sił na misję pokojową do Czadu. Lada dzień pierwsi żołnierze kontyngentu Unii Europejskiej mieli lądować w Ndżamenie.

"Sytuacja musi się tam ustabilizować. A to już nie nasza sprawa, tylko Francuzów, którzy w Czadzie mają swoich żołnierzy" - dodaje minister Klich.

Polacy od końca kwietnia mieli chronić obozy uchodźców na wschodzie kraju, przy granicy z Sudanem. Tymczasem bojówki partyzantów znów dały tam o sobie znać. Napadają na obozy, mordują cywilów. Rząd w Ndżamenie twierdzi, że na wschodzie pojawiła się armia sudańska, która dokonuje brutalnych czystek etnicznych wśród uchodźców.

Wojna w Czadzie trwa od czterech lat i jest związana z walkami w Darfurze, nadgranicznej prowincji Sudanu. Władze obu krajów oskarżają się wzajemnie o wspieranie bojówek działających po obu stronach granicy.