Niemal niepostrzeżenie rozwiał się potężny mit, który kształtował polskie życie polityczne w ubiegłym roku. Złożone kilka dni temu w prokuraturze zeznania Janusza Kaczmarka stoją w
jaskrawej sprzeczności z zapowiedziami o "ujawnieniu porażających faktów", które słyszeliśmy latem zeszłego roku.
Wszyscy pamiętamy, jak tuż po dymisji Kaczmarek zapewniał media, że dysponuje niezbitymi dowodami na łamanie konstytucji i budowę w Polsce państwa policyjnego. Zastrzegał, że ujawni te
rewelacje dopiero wtedy, gdy zostanie zwolniony z wiążącej go tajemnicy państwowej. Jeszcze kilka dni temu mecenas Leszek Piotrowski twierdził, że prokuratura otrzyma od Kaczmarka informacje
wystarczające do postawienia "pewnych osób" przed Trybunałem Stanu. Jednym słowem, można było oczekiwać potwierdzenia tych wszystkich oskarżeń, którymi szermowano na
jesieni ubiegłego roku.
Wytoczono wtedy najcięższe działa. Mówiono o "budowaniu państwa na wzór Putina", o tym, że Jarosław Kaczyński nigdy nie odda władzy, o niszczeniu demokracji i możliwych
fałszerstwach wyborczych oraz prowokacjach służb. Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" napisał nawet, że od chwili aresztowania Jaromira Netzla, Kaczmarka i Konrada
Kornatowskiego "nikt z nas nie może być pewny swojej wolności". Osoby, takie jak Barbara Blida, Andrzej Lepper czy Beata Sawicka przedstawiano jako niewinne ofiary nagonki i
działających na polityczne zlecenie służb specjalnych. Świadkiem koronnym potwierdzającym te oskarżenia miał być Janusz Kaczmarek, człowiek z samego środka tego przerażającego układu
chcącego zmienić i już zmieniającego Polskę w dyktaturę, człowiek, który - późno, bo późno - miał odwagę przeciwstawić się złu, kandydat na premiera LiS.
Jak na razie góra urodziła mysz. Zniknęła zasłona tajemnicy państwowej i Kaczmarek mógł mówić wszystko, co wie. I zamiast porażających faktów mamy garść anegdot i plotkarskich
donosów. Trudno przecież uznać, że to, co były minister przedstawił podczas przesłuchania, stanowi dowody przestępstw czy nadużyć władzy. Przeciwnie - można to raczej rozumieć jako
jeszcze jeden wyraz determinacji w walce z korupcją, którą podjął poprzedni rząd, realizując tym samym obietnice wyborcze Prawa i Sprawiedliwości. Dowiedzieliśmy się, że premier traktował
śledztwa w sprawach korupcji priorytetowo i domagał się energicznych działań wymiaru sprawiedliwości. Takie były oczekiwania społeczne. Miejmy nadzieję, że obecny premier będzie
postępował podobnie.
Janusz Kaczmarek nie przedstawił obiecanego dowodu na nieprawne wykorzystywanie służb specjalnych do walki politycznej. A przypomnijmy, że po jego zeznaniach przed sejmową komisją do spraw
służby specjalnych politycy Platformy Obywatelskiej porównywali CBA i ABW do Stasi i Securitate. Jak dotąd, nie ujawniono jednak niczego, co w najmniejszym chociaż stopniu mogłoby uzasadnić
takie oskarżenia. Co więcej, nawet gdyby rzeczywiście doszło do jakichś uchybień proceduralnych, tego rodzaju zarzuty nie powinny nigdy paść, gdyż obrażają pamięć ofiar
totalitaryzmu.
Janusz Kaczmarek po raz kolejny okazał się człowiekiem mało wiarygodnym. Uczynienie z niego ofiary rzekomego autorytaryzmu, a następnie świadka koronnego w politycznym procesie przeciw
rodzącej się dyktaturze, służyło celom politycznym - dążeniu do jak najszybszego obalenia rządu Jarosława Kaczyńskiego. W pół roku po wyborach widać, że opozycja nie miała żadnego
innego planu dla Polski, nie przygotowała pakietu reform czy strategii modernizacyjnej. Zajmuje się głównie tym samym, czym próbowano nas bez reszty zająć przed wyborami - służbami
specjalnymi i staraniami ukarania tych, którzy podjęli próbę rozbicia mafijnych i półmafijnych układów, oraz zerwania ze społecznym permisywizmem. Dziś kłopoty ma oskarżany przez
Kaczmarka minister Zbigniew Ziobro. Widać wyraźnie, że kolejna batalia z korupcją zakończyła się przegraną. To źle wróży Polsce.
Niestety, wstrząs, jaki wywołała afera Rywina, nie doprowadził do trwałych zmian mentalnych i instytucjonalnych. Sama ta afera tak naprawdę zakończyła się niemal niczym - bo mimo wysiłków
niektórych członków komisji śledczej - jedynym jej efektem było posadzenie w więzieniu na kilkanaście miesięcy "posłańca", podczas gdy jego mocodawcy pozostali bezkarni.
Dzisiaj nastroje się odwróciły - oburza już nie korupcja, lecz rzekome nadużycia popełnione przy próbie jej opanowania. Śmierć Barbary Blidy, łzy posłanki Beaty Sawickiej, cierpienia
Andrzeja Leppera i Janusza Kaczmarka mają przesłonić prawdziwy problem. Dlatego być może nigdy nie dowiemy się, po co tak naprawdę wysoki urzędnik państwowy kręcił się po korytarzach
hotelu Marriott, nie poznamy prawdy o udziale w tej sprawie jednego z najpotężniejszych polskich oligarchów. Sprawa stanie się jedną z tych niewyjaśnionych tajemnic, jakich wiele w polskim
życiu politycznym i gospodarczym po 1989 roku.