Żenująca awantura o zniszczone laptopy i karty telefoniczne to wrażenie tylko pogłębia. Minister, który nie miał dbać o „autopromocję” zapewnia, że zwołał specjalną konferencję i osobiście zajął się sprawą uszkodzonych komputerów i telefonów tylko dlatego, że zainteresowali się nią dziennikarze.

Podobnie tłumaczył się Zbigniew Ziobro. Za jego czasów pod płaszczykiem informowania opinii publicznej organizowane były medialne spektakle. Tak jak choćby w głośnej „aferze billboardowej”, kiedy to minister Ziobro na spotkanie z dziennikarzami przyniósł niszczarkę do dokumentów. Wpychając do niej kolejne arkusze papieru, minister sprawiedliwości pokazywał, jak łatwo pozbyć się dowodów przestępstwa. Sugestia była jasna: w PZU prawdopodobnie niszczono dokumenty, które mogłyby świadczyć o nielegalnym finansowaniu kampanii wyborczej Donalda Tuska. Prokuratura nigdy tego nie potwierdziła, a Jacek Kurski, który rozpętał całą aferę, musi przeprosić lidera PO.

Zmienił się minister sprawiedliwości - zmieniły się też rekwizyty. Wciąż jednak zamiast jasnych zarzutów i dowodów mamy sugestie i puszczanie oka do opinii publicznej. „To były telefony prepaidowe, które, sami państwo wiecie, kiedy i w jakich okolicznościach są zazwyczaj używane i dlaczego” - minister sprawiedliwości niczego nie przesądza, ale przecież dla każdego sprawa jest jasna. To samo dotyczy uszkodzonych komputerów. Słyszymy, że „ten rodzaj zniszczeń ma charakter nieprzypadkowy”. Czyli coś próbowano ukryć, zatuszować - minister Ćwiąkalski nie mówi wprost, on tylko daje do zrozumienia. Nie wiemy, kto i co chciał ukryć, nie padają jednoznaczne konkretne zarzuty, mamy się domyślać. Jedno jest pewne: Zbigniew Ziobro z myśliwego stał się zwierzyną.

Z drugiej strony, jeśli nawet jest to polowanie z nagonką na politycznego przeciwnika, to były minister sprawiedliwości nie powinien kpić sobie i mówić o „morderstwie laptopa”. Warto w tym miejscu przypomnieć "aferę Rywina”. Październik 2003 roku, poseł Ziobro, członek sejmowej komisji śledczej chce, by komisja zawiadomiła prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez Aleksandrę Jakubowską. Chodzi m.in. o zniszczenie materiałów i informacji, które znajdowały się na dysku jej służbowego komputera. Jakubowska tłumaczyła, że "wyczyściła” twardy dysk swojego komputera, bo znajdowała się tam jej osobista korespondencja i książka adresowa z danymi "polityków z pierwszych stron gazet”. A ona, jak przekonywała, "zawsze po sobie sprząta”.

Dziś równie porządny okazał się sam Zbigniew Ziobro. Okazało się bowiem, że na "wyczyszczonym” komputerze były ważne dla sejmowego śledztwa informacje, o których nie wspomniała w swoich zeznaniach minister Jakubowska. Dotyczyły one trybu prac nad ustawą medialną, która stała się powodem korupcyjnej oferty Lwa Rywina. Jakubowska, tak jak teraz Ziobro, twierdziła, że "nie zna się na komputerach”. Ona tylko wydała polecenie, nie interesowała się tym, kto i co robił. "To nie był pani prywatny komputer” - zwracał słusznie uwagę minister Jakubowskiej śledczy Ziobro. Szkoda, że jako minister sprawiedliwości sam o tym zapomniał.

Sprawy "przypadkowo celowego” zniszczenia służbowych komputerów i telefonów nie należy bagatelizować. Jednak na obecnym etapie zajmować się nią powinni podwładni ministra Ćwiąkalskiego, a nie on sam. Dopóki nie będzie dowodów, że ktoś popełnił przestępstwo, że próbowano ukrywać niewygodną dla kogoś prawdę, sprawę niech badają jedynie ministerialni urzędnicy. W przeciwnym razie wyglądać będzie to jak prywatna wojna Ćwiąkalskiego z Ziobrą.

Ich konflikt ma już swoją długą historię. Zbigniew Ćwiąkalski był jednym z sygnatariuszy listu z lutego 2006, w którym ponad stu profesorów krytykowało m.in. Zbigniewa Ziobrę za język i działania "przypominające łudząco czasy PRL”. W odpowiedzi ówczesny minister sprawiedliwości zarzucił Ćwiąkalskiemu, iż ten "był lojalnym członkiem i towarzyszem PZPR”. Od tego czasu co i rusz dochodziło, i jak widać, wciąż dochodzi do ostrych spięć między nimi.

Wiadomo - "show must go on”.