Kogo w zasadzie wybieramy w wyborach prezydenckich - drugiego rzecznika praw obywatelskich, nadpremiera, rzecznika interesu publicznego? Warto je postawić, zanim kolejny karnawał politycznej rywalizacji znowu zepchnie na drugi plan postulat racjonalizacji naszego życia publicznego.

Reklama

W pierwszych - formułowanych z krótkiej perspektywy - ocenach prezydentury Lecha Kaczyńskiego, dominowały tezy o tym, że jej słabość jest pochodną sytuacji politycznej, w której oddał on własnemu bratu prawo inicjatywy politycznej. Drugim źródłem słabości miało być nie najlepiej przygotowane do swych funkcji bliskie otoczenie prezydenta. Dziś, kiedy jedno i drugie uległo zmianom, kiedy Kancelaria została wyraźnie wzmocniona politycznie i intelektualnie, a na fotelu premiera zasiada osoba, której rządy są wyzwaniem dla głowy państwa - ówczesna analiza musi ulec korekcie.

Po pierwsze - w wymiarze personalnym. Lech Kaczyński okazał się politykiem mniej energicznym i pomysłowym niż się tego po nim spodziewano. W kilku sprawach stał się stroną drobnych, nieodpowiadających pozycji głowy państwa konfliktów. Utożsamił linię swojej prezydentury z linią drugiego rządu PiS i polityką swojego brata. Popularność prezydenta była niemal wciąż ściśle zależna od tego jak oceniano rządowe i polityczne poczynania brata.

Oczywiście wymiar ten zawiera też pewien czynnik usprawiedliwienia, a także - subiektywny czynnik samousprawiedliwienia. Prezydent, podobnie jak były premier, jest przekonany, że jego niska sondażowa popularność jest efektem zorganizowanej kampanii medialnej i niejako potwierdzeniem słuszności obranej drogi. Pułapka intelektualna, którą sam na siebie zastawił, utrudnia mu - podobnie zresztą jak jego bratu - dokonanie istotnej korekty, choćby w wymiarze taktycznym. Pragmatyczni do bólu konkurenci Kaczyńskich mają dziś do czynienia z przewidywalnym i łatwym do sprowokowania rywalem.

Taktyczne uzależnienie

W sferze taktycznej - po wyborach parlamentarnych - Pałac Prezydencki przyjął postawę "reaktywną". Uzależnił swoje stanowisko od tego, co czyniła zwycięska koalicja i wyłoniony przez nią rząd Tuska. Nie miał żadnej własnej agendy, ani nawet własnej hierarchii ważności spraw. Co więcej - i tu już mamy do czynienia z prawdziwym nieszczęściem - owo taktyczne uzależnienie wyparło niemal całkowicie myślenie strategiczne.

Po 21 października 2007 nie sformułowano bowiem w miarę jasnej deklaracji opisującej rolę prezydenta po upadku rządu PiS. Nie stało się tak mimo tego, że sytuacja była dość oczywista, niewymagająca politycznego manewrowania, a obóz, z którym sympatyzował prezydent, dysponował dość jasną diagnozą zagrożeń, jakie wiązały się z rządami Donalda Tuska. Z łatwością można było zatem sformułować koncepcję stania na straży ciągłości polityki państwa w kilku istotnych sprawach. Można było tę postawę uczynić czytelną i wykorzystać kapitał wiedzy i kompetencji, zebrany przez dwa lata rządów PiS.

Tak skonstruowana strategia prowadziłaby do konsolidacji wokół Pałacu Prezydenckiego rozmaitych środowisk opiniotwórczych, niekoniecznie związanych politycznie z PiS, a zarazem wiązałaby swobodę działań Tuska. Gdyby prezydent wskazał obok spraw będących przedmiotem konfliktu (takich jak likwidacja WSI, czy działania CBA) także kwestie, w których PO i PSL musiałoby przynajmniej werbalnie zgadzać się z głową państwa (np. dywersyfikacja dostaw surowców energetycznych) zyskałby status superrecenzenta polityki rządu w wybranych sprawach.

W wymiarze spektakularnym Lechowi Kaczyńskiemu powinno zależeć na tym, by nie dopuścić do konfliktu z Donaldem Tuskiem, toczonego na zasadzie "jak równy z równym". Jego otoczenie powinno przerobić lekcję prezydenta Kwaśniewskiego, któremu udało się uzyskiwać pozycję arbitra nawet w tych w sprawach, w których był stroną. Kaczyński zachował się natomiast odwrotnie - stawał się stroną nawet wtedy, gdy nie było to konieczne.

Urok Pałacu Prezydenckiego

Można zatem powiedzieć, że Kaczyńskiemu nie udało się dokonać korzystnej korekty po 21 października 2007. Nie udało się na nowo zdefiniować korzystnej i twórczej formuły sprawowania urzędu. Jednak problem nie kończy się na popełnionych przez obecnego prezydenta błędach. Znacznie bardziej interesująca i pouczająca jest druga warstwa analizy, która zadaje pytanie o możliwość twórczej prezydentury w ramach obowiązującej obecnie konstytucji.

Punktem wyjścia nie powinno być przy tym rozważanie możliwych scenariuszy, lecz przede wszystkim analiza trzech znanych nam dobrze przypadków. Prezydentura Lecha Wałęsy - zapomniana łaskawie przez wielu komentatorów - grzęzła w awanturach ze swoimi, w niejasnych relacjach z generalicją i służbami specjalnymi. Rozczarowała antykomunistów ufających w deklaracje wyborcze z 1990 roku i związkowców wierzących populistycznej retoryce ekonomicznej. Z pewnością uszczupliła mit Wałęsy i wzmocniła kontrowersje, jakie będą towarzyszyć historycznym ocenom jednego z bezdyskusyjnych bohaterów polskiej historii XX wieku.

Pochodną polityki Wałęsy, a w szczególności praktyki "falandyzacji" były ograniczające prerogatywy prezydenta korekty konstytucji w 1997 roku. Znosząc ryzykowne zapisy pozwalające głowie państwa na bezkarne blokowanie rządu, utrzymano jednak zasadniczą jej treść. Obok posiadającego parlamentarny mandat i narzędzia władzy wykonawczej premiera istniał drugi - de facto konkurencyjny - ośrodek przywództwa państwowego. Ośrodek pozbawiony własnych narzędzi wypełniania silnego mandatu demokratycznego, zdany na budowanie swej pozycji na dyskontowaniu porażek czy błędów rządu.

Tak skonstruowany podmiot doskonale nadawał się do pasywnej i gwarancyjnej polityki uosabianej przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Jego strategia została dopasowana w niemal stu procentach do logiki ustrojowej opisującej realną pozycję prezydenta. Kontrast z polityką Wałęsy pozwolił Kwaśniewskiemu na zbudowanie zaufania do urzędu i aprobaty dla sposobu jego sprawowania. To Kwaśniewski - a nie Tusk - jako pierwszy posługiwał się "polityką miłości" jako czymś, co odróżnia go od "nienawidzących ludzi" liderów prawicy.

Kwaśniewski przyjął polityczną strategię ochrony tego, co w nowej Polsce postkomunistyczne, ale przez wzmocnienie i akomodację, a nie przez ostry konflikt. Jego prezydentura była zręczną obroną tego "co da się obronić". Akceptowała zmiany wynikające z przejścia Polski do struktur Zachodu, korekty będące pochodną zmian preferencji politycznych Polaków, unikała konfliktu światopoglądowego i antagonizowania tych, którzy mogli zachować się neutralnie.

Reklama

Jednak bilans prezydentury Kwaśniewskiego - nawet jeżeli pominiemy kwestie dyskutowane przez komisje śledcze Sejmu IV kadencji - wskazuje na niedobór twórczej polityki, na silny dysonans między społecznym mandatem a realnymi dokonaniami. Jedną z podstawowych obaw dotyczących strategii politycznej Donalda Tuska jest to, że w swoim rdzeniu chce ona naśladować prezydencką linię Kwaśniewskiego. Znamienne jest to, że Tusk nie odkłada tego na czas po zdobyciu fotela prezydenta, ale stosuje tę taktykę już teraz.

Zwodniczy urok Pałacu Prezydenckiego polega dziś na tym, że pięcioletni mandat nie jest powiązany z realną odpowiedzialnością za to, co dzieje się w kraju. Co więcej - sprawna polityka może prowadzić nawet do wzmocnienia prezydenta kosztem odpowiedzialnego za codzienne rządzenie premiera. Nie zmienia to jednak faktu, że także wtedy pozostaje mało efektywna ustrojowo.

Twórcza prezydentura

Dwa lata doświadczeń Lecha Kaczyńskiego powinny stanowić punkt wyjścia do dyskusji o tym, jak wykorzystać tę niezwykle ważną instytucję, jaką jest prezydentura. Za pomocą jakich korekt ustrojowych uczynić ten urząd politycznie efektywnym, jak zrównoważyć silny mandat pochodzący z bezpośrednich wyborów z odpowiednimi prerogatywami.

System określany przez politologów dziwnym terminem "semiprezydencjalizm" był ustrojową hybrydą w krajach o niskim poziomie zaufania. W warunkach gry o polską pozycję w Unii Europejskiej taki system wydaje się zabójczy. Zredukowany zakres możliwości rządu państwa narodowego oraz złożoność dyplomatycznej rozgrywki prowadzonej na różnych poziomach europejskiej władzy powinien prowadzić do jasnej decyzji, komu powierzamy odpowiedzialność za rządzenie. Władza podzielona "wyparowuje", przestaje być brana pod uwagę, bo zawsze istnieje możliwość sparaliżowania jej zamiaru przez drugi - nieuchronnie konkurencyjny ośrodek państwowy. Reforma ustrojowa nie jest dziś konsekwencją politycznego radykalizmu, ale zimnej kalkulacji i tworzenia przesłanek dla twórczej polityki, która nie polega na napinaniu muskułów, ale przede wszystkim na zdolności koordynacji i wykorzystania trwających względnie krótko korzystnych okazji. Zanim odpowiemy na pytanie, kto zostanie prezydentem - poszukajmy odpowiedzi znaczenie ważniejszej - kim ma być prezydent. I zlikwidujmy szkodliwy, wpisany w konstytucję, permanentny konflikt na szczytach władzy.