Dziś mija równo 40. rocznica tragicznej śmierci Ryszarda Siwca. Dlaczego zdecydował się na najbardziej przerażający rodzaj śmierci? Nie był człowiekiem szalonym. Swój krok podjął po głębokim namyśle i drobiazgowym przygotowaniu. Miał to być rozlegający się na całą Polskę krzyk protestu przeciwko najazdowi wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Był przekonany, że jego śmierć będzie wstrząsem moralnym dla milionów Polaków i wyrzutem sumienia dla partyjnych władców kraju. Stało się inaczej. Jego śmierć przeszła niezauważona. Świat dowiedział się o niej dopiero ponad 20 lat później. Zadbała o to SB.

Reklama

Płonąca żagiew

Nagle zaczął płonąć jakiś mężczyzna siedzący w jednym z dolnych rzędów Stadionu Dziesięciolecia. "Widziałem, że ten człowiek zmieniał się jak kameleon. Płonął cały, kolory od fioletu po zieleń, wymachiwał rękoma" - pisał potem jeden z operacyjniaków MO w cywilnym przebraniu.

Zaczęto krzyczeć. Ludzie byli przerażeni, nie wiedzieli, co robić. Kiedy minął pierwszy szok, stojący najbliżej próbowali gasić palącego się jak pochodnia mężczyznę. Ale on odpychał wszystkich, nie pozwalając gasić płomieni. Cały czas wznosił okrzyk: "Niech żyje wolna Polska!". W tym czasie na stadionie, gdzie odbywały się centralne uroczystości dożynkowe, zasiadało 100 tys. ludzi. Jego ofiarę zauważyli tylko najbliżej siedzący. Szybko bowiem został odizolowany przez otaczający go krąg funkcjonariuszy SB rozsianych wśród widzów. Zanim oblał się benzyną, rzucił w tłum ulotki z protestacyjnym apelem (nagranym też na taśmę magnetofonową): "Ludzie, w których może jeszcze tkwi iskierka ludzkości, uczuć ludzkich, opamiętajcie się! Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie, opamiętajcie się! Jeszcze nie jest za późno!".

A oto dwie relacje funkcjonariuszy SB odnalezione na początku lat 90. znajdujące się obecnie w archiwach rzeszowskiego IPN. Pierwsza zawarta w "Notatce służbowej" z 9 września 1968 r. opatrzona klauzulą "Tajne", którą sporządził kpt. Jerzy Łuczywo, informuje: "Pełniąc służbę na Stadionie Dziesięciolecia w dniu 8 IX 68 r. podczas uroczystości dożynkowych, zauważyłem o godzinie 12.15 na trzeciej ławce od dołu sektora 13 jak na mężczyźnie paliło się ubranie. Wraz z pracownikiem Biura "B" podeszliśmy bliżej w/w sektora, ja dokonałem kilka zdjęć fotograficznych, zaś pracownik Biura "B" filmował. Po ugaszeniu płonącego ubrania, mężczyzna ten głośno mówił,«że jest to wyraz protestu przeciwko łamaniu praworządności i wolności«. Zabrałem film jednemu z fotografujących, który przy wyjmowaniu z aparatu został naświetlony, oraz do kierownictwa zabezpieczenia dożynek przekazałem dowód osobisty wymienionego i szczątki spalonej marynarki. W załączeniu 24 fotografie wraz z negatywami".

W drugiej oficer SB pisze, że "Ryszard Siwiec, pracownik umysłowy Tarnobrzeskich Zakładów Spożywczych w Przemyślu, który usiłował popełnić samobójstwo przez samozapalenie się, został natychmiast odwieziony do Szpitala Praskiego w Warszawie". I dalej: "W miejscu zdarzenia znaleziono 29 ulotek antypaństwowych sporządzonych na maszynie do pisania. Z treści ulotek należy domniemywać, iż autor ich jest o niepełnej poczytalności". Tę podpisał kpt. Kazimierz Mazewicz.

Reklama

W wyniku odniesionych oparzeń Ryszard Siwiec zmarł po czterech dniach w szpitalu. Oparzenia dotknęły ponad 85 proc. powierzchni ciała. Pochowany został w Przemyślu na Cmentarzu Zasańskim.

"Erica" sposobem na wolność

Urodził się w 1909 r. w Dębicy. Tu ukończył szkołę podstawową. We wczesnym dzieciństwie stracił ojca i wraz z matką przeniósł się do Lwowa. Tam najpierw chodził do państwowego gimnazjum im. Jana Długosza, a po jego ukończeniu podjął studia filozoficzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tam uzyskał tytuł magistra filozofii. Podczas II wojny walczył w Armii Krajowej. Kiedy po wojnie zaproponowano mu pracę nauczyciela historii, odmówił, twierdząc, że nie chce młodzieży uczyć głupoty i nieprawdy, uczestniczyć w komunistycznej indoktrynacji młodego pokolenia. Postanowił zrobić kurs księgowego i zatrudnić się w państwowej firmie. Skromna pensja nie wystarczała na utrzymanie siedmioosobowej rodziny (pięcioro dzieci), dorabiał więc hodowlą kur i uprawą ogrodu.

"Był człowiekiem małomównym, skrytym" - mówią o nim dzieci, dziś dojrzali ludzie. Bardzo dużo czytał, szczególnie interesował się historią i przyrodą. Marzył o dalekich podróżach, ale wiedział, że to nierealne. Całe życie poświęcił rodzinie. Namiętnie słuchał radia. Szczególnie interesowały go audycje o polityce. Nawet posiłki jadał w samotności, żeby móc spokojnie słuchać radia. Głównie Wolnej Europy. Przez wiele lat na prywatnej maszynie "Erica" nr 88965/5 pisał i powielał ulotki, które podpisywał pseudonimem Jan Polak.

Po najeździe wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację postanowił wstrząsnąć sumieniem Polaków. Uznał, że najskuteczniejszym sposobem protestu będzie własna śmierć. Formę samospalenia wybrał prawdopodobnie pod wpływem podobnych aktów dokonywanych przez mnichów buddyjskich protestujących w tamtym okresie przeciwko wojnie w Wietnamie.

Nie przewidział przebiegłości Służby Bezpieczeństwa, która zmanipulowała informacje o tym wydarzeniu. Bezpośrednim świadkom zdarzenia SB wmówiła, że Siwiec był człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Rozpuszczano też plotki o jego rzekomym alkoholizmie. Nie było więc komu przekazać informacji o niezwykłym kroku Ryszarda Siwca. Tym bardziej że ówczesne media podporządkowane całkowicie władzy nie zająknęły się nawet o tragicznej śmierci.

20-letni areszt listu

"Inne spojrzenie miałam na politykę i Polskę. Przed śmiercią ojca byłam przekonana, że najwyższymi wartościami są życie i rodzina. A tu nagle dramatyczny czyn ojca uświadomił mi, że najwyższą wartością jest umiłowanie ojczyzny. Oczywiście bardzo długo trawiłam ból po stracie taty. Dopiero z czasem wszystko złagodniało. Chociaż to i dziś bardzo dla mnie trudne do zaakceptowania" - mówi DZIENNIKOWI córka Ryszarda Siwca, Elżbieta Szabaga.

Do dziś mieszka w rodzinnym Przemyślu. Właśnie ona i jej brat Wit Siwiec mieszkający na stałe w Kanadzie wezmą udział w zaplanowanych na jutro głównych uroczystościach, jakie mają się odbyć w Przemyślu. Podczas uroczystości wieczorem będzie odsłonięta tablica pamiątkowa pamięci Ryszarda Siwca. Wcześniej w kościele salezjanów nastąpi otwarcie wystawy przygotowanej przez rzeszowski IPN "Krzyk szarego człowieka. Ryszard Siwiec 1909 - 1968".

Oto ostatni list do żony, jaki Ryszard Siwiec napisał, jadąc pociągiem do Warszawy, zdecydowany na swój dramatyczny krok: "Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność ginę, a to mniejsze zło - jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny - jak nigdy w życiu! Kochane dzieci, nie dokuczajcie mamie, uczcie się, bo to wasze najważniejsze zadanie na teraz. Niech was Bóg ma w swojej opiece. Całuję was ojciec".

List trafił do adresatów po 20 latach. Ryszard Siwiec napisał go w drodze do Warszawy i dał znajomemu, który jechał z nim pociągiem. Prosił, aby przekazał go jego żonie, Marii. Znajomy Siwca, niejaki Tchórzewski, w poniedziałek rano dał go swojej żonie, aby zaniosła go na Okrzei 2, gdzie mieszkała rodzina Siwców.

"W dniu 9.09.68r. o godz. 9.40 do mieszkania Marii Siwiec w Przemyślu zgłosiła się Maria Tchórzewska, córka Augustyna ur. 5.02.1906r. w Przemyślu, zatrudniona w banku rolnym w charakterze starszego inspektora, która chciała przekazać wymienionej list od męża R. Siwca. Z uwagi na nieobecność ob. Siwiec w mieszkaniu list ten pozostawiła w drzwiach mieszkania, który został przejęty przez służbę bezpieczeństwa". W teczce operacyjnej sprawy Siwca przeleżał ponad 20 lat. Cała zresztą historia Siwca była przez dziesiątki lat starannie ukrywana i robiono wszystko, aby nie wyszła na światło dzienne. Do świadomości Polaków wprowadził ją dokumentalista Maciej Drygas, robiąc w 1991 r. film poświęcony Siwcowi "Usłyszcie mój krzyk".

Ideał z życia, nie z literatury

Opisując sprawę z dystansu, trzeba powiedzieć, że sam Siwiec bezwiednie ułatwił SB nałożenie blokady informacyjnej. Utrzymanie w absolutnej tajemnicy swego zamiaru przed wszystkimi przekreśliło szanse na szeroki rozgłos jego bohaterskiego czynu. Wprawdzie długo i dokładnie przygotowywał swój protest. Nie wziął pod uwagę jednak, że choć jego czyn dokona się na oczach dziesiątek tysięcy osób, dziennikarzy, fotoreporterów, pozostanie jednak na długie lata bez echa. To, co miało być siłą upowszechnienia jego aktu - stutysięczna widownia - stało się słabością. W tym czasie na stadionie grała orkiestra. Oczy wszystkich były zwrócone na płytę boiska, gdzie tańczyły zespoły ludowe. Płonąca postać na takim molochu, jakim jest Stadion Dziesięciolecia, była tylko małym punkcikiem. W dodatku ten mały punkcik został szybko zasłonięty przez funkcjonariuszy SB. Płonącą postać mogło widzieć nawet kilkuset ludzi, ale po informacji SB, że Siwiec był człowiekiem chorym psychicznie, nie rozumieli tego kroku ani jego znaczenia.

W 2003 r. Aleksander Kwaśniewski przyznał Siwcowi pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Jednak jego rodzina odmówiła przyjęcia odznaczenia. Zdaniem jego bliskich przyznanie odznaczenia było "jedynie gestem potrzebnym do podreperowania prestiżu kompletnie skompromitowanego rządu".

"Nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co ojciec zrobił, jakie były jego pobudki. Kiedy byłem młody, szukałem w literaturze, sztuce jakiegoś ideału, bohatera, z którym mógłbym się utożsamiać. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że nie muszę nigdzie szukać żadnego ideału, bo mam piękny wzorzec w rodzinie. Jest nim po prostu mój ojciec" - mówi dziś 56-letni Wit Siwiec, syn Ryszarda Siwca.

Przy pisaniu artykułu korzystałem z materiałów przekazanych przez rzeszowski oddział IPN oraz z kwartalnika "Karta", nr 44/2005.