Kryzys wokół szczytu UE powinien być początkiem debaty nad wzmocnieniem słabych do tej pory ośrodków władzy państwowej w Polsce. Polska konstytucja po raz kolejny okazała się kosztownym kłopotem. Nie warto jednak dokonywać rewolucji ustrojowej wyłącznie pod wrażeniem ostatnich wydarzeń. Zasadniczą przesłanką zmiany konstytucji musi stać się bowiem nie krytyczna ocena postępowania Donalda Tuska czy Lecha Kaczyńskiego, ale zmiana stosunku Polaków do własnego państwa i własnego rządu. Jeżeli zmiana ustawy zasadniczej nie będzie oznaczać przyzwolenia na zaistnienie jednego, silnego ośrodka władzy wykonawczej, to lepiej zaniechać prac konstytucyjnych, które w ostateczności będą przypominały mieszanie nieposłodzonej herbaty.

Reklama

Przyzwolenie na istnienie silnego ośrodka przywódczego złamałoby nie tylko logikę ustrojową III RP, ale byłoby decyzją istotną w wymiarze całego ładu instytucjonalnego. Oznaczałoby zwrot ku kulturze, która oparta jest na postawie zaufania do władzy, a zatem przezwycięża skrajną podejrzliwość wobec koncentracji w jednym ręku narzędzi pozwalających kierować sprawami publicznymi. Pewnym pozytywnym testem dla tak rozumianego zwrotu było wprowadzenie przed sześcioma laty zasady powszechnych wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Zakres tej zmiany i zasadnicza aprobata społeczna dla takiego modelu funkcjonowania samorządu powinny stanowić zatem istotną przesłankę dla nowych prac konstytucyjnych.

Jest to tym istotniejsze, iż nasi najważniejsi partnerzy - główni gracze w europejskim teatrze współdziałania i rywalizacji - mają zwykle jasno określone przywództwo państwowe. My zaś dziedziczymy paraliżujące rozwiązania z początków lat 90., gdy o ustroju Polski decydowali ludzie związani z dawną opozycją, którzy z PRL wynieśli lęk przed silną władzą, oraz ich przeciwnicy - obawiający się, że silna władza może pokrzyżować ich plany urządzenia się w nowych realiach. Słaba i podzielona władza miała też przyzwolenie społeczne, bo do istoty wojen na górze weszło odwoływanie się do potrzeb związanych z bezpieczeństwem socjalnym, wykorzystywanie przez prezydentów poparcia tych grup, których interesy naruszała aktualna polityka rządu.

Absolutnie kluczową kwestią ustrojową jest zatem pytanie, czy potrzebujemy silnej - skoncentrowanej w jednym ośrodku - władzy wykonawczej, która będzie zdolna do sprawowania niepodzielonego przywództwa państwowego, czy też chcemy ją nieustannie blokować i ograniczać. Czy jesteśmy w stanie zaufać, że tak skonstruowana władza broni interesu publicznego, czy też będziemy tkwić w obawie, że silna władza jest dla tego interesu najpoważniejszym zagrożeniem.

Podkreślmy, iż mówimy o władzy poddanej kontroli parlamentu, mediów, sprawowanej w granicach prawa polskiego i europejskiego. O władzy takiej, jaką mają brytyjski premier czy niemiecki kanclerz, a nie białoruski prezydent. O zaistnieniu ośrodka, który potrafi działać w ramach wielopoziomowej i coraz mniej hierarchicznej administracji, a nie o takim, który próbowałby powrotu do centralizmu. Mówimy o władzy, która ma ograniczone możliwość ingerencji na rynku i nie rozszerza swej obecności w świecie mediów, opinii publicznej czy sporów światopoglądowych. Mówimy zatem o władzy ograniczonej w zakresie swego działania ale zarazem sprawnej i ponoszącej odpowiedzialność za swoje działania.

Czy taka władza może zyskać społeczne przyzwolenie? Czy może zyskać akceptację w kraju, w którym na wielu poziomach władzy dochodzi do kompromisu, w ramach którego władza jest niezdolna do "robienia krzywdy" komukolwiek, ale w zamian za to nie jest surowo rozliczana ze swoich osiągnięć? Na poziomie państwa taki kompromis ma szczególnie złowrogie skutki. Oznacza bowiem faktyczną zgodę na brak efektywnej ochrony naszych interesów na poziomie unijnym i międzynarodowym. Oznacza brak wsparcia ze strony państwa dla tych projektów, które mają decydujące znaczenie dla cywilizacyjnego rozwoju kraju. Oznacza - w wielu dziedzinach - prowadzenie przez rząd polityki "zakładnika" wpływowych grup interesu.

Konstytucja realna

Inaczej niż pisana ustawa zasadnicza - realna konstytucja III RP opiera się zatem na praktyce osłabiania władzy wykonawczej. Artur Wołek w "Demokracji nieformalnej" precyzyjnie opisał przyczyny, dla których istnieje tak silna rozbieżność między światem konstytucji pisanej a ustrojem realnym, szczególnie silna w latach 90. "W krajach o ustabilizowanej demokracji - pisał - wystąpienie przeciwko niekorzystnym regułom zapisanym w konstytucji jest jednak najczęściej bardziej kosztowne niż podporządkowanie się im. W tworzących się demokracjach podlegających szybkim zmianom - przeciwnie". Tu konstytucję realną pisze się, rozpychając niejasne sformułowania tej pisanej.

Co więcej, Wołek wskazał kilka rzeczywistych reguł, których obowiązywanie zablokowało proces rozliczeń komunizmu i możliwość budowy silnego i sprawnego rządu. Zrekonstruowana przez niego "reguła blokowania" "nakazuje każdemu z organów władzy blokować działania innego organu, tak by jak najbardziej ograniczyć sferę, w której konkurent może podejmować samodzielne decyzje polityczne. W sytuacji niepewności co do reguł nowej polityki obniża więc ona stawkę politycznej gry". W warunkach obecnych - utrzymuje anachroniczne rozwiązania jedynie mocą inercji, niezdolności elit politycznych do dokonania istotnej korekty formalnych reguł działania.

Obcokrajowcom, którzy chcieliby poznać ustrój Rzeczypospolitej, z pewnością nie należy zatem dawać do ręki konstytucji. Nawet dla osób biegle władających językiem polskim i dysponujących przygotowaniem prawniczym dokument bywa zbyt zawiły, by na jego podstawie odpowiedzieć na proste skądinąd pytania. Zwłaszcza że logiką działania ustroju realnego jest szczególna powinność blokowania ośrodków władzy nastawionych "aktywistycznie" i wspierania tych, które zachowują się "pasywnie". Dopiero w tym kontekście można zrozumieć wypowiedzi konstytucjonalistów, którzy z tą samą determinacją, z jaką kiedyś bronili uprawnień Aleksandra Kwaśniewskiego, dziś kwestionują uprawnienia Lecha Kaczyńskiego.

Komuś, kto zna owe nieformalne ustrojowe realia, nie trzeba też tłumaczyć, że o ile Donald Tusk ma święte prawo odmówić samolotu Lechowi Kaczyńskiemu, o tyle podobne zachowanie ze strony Jerzego Buzka wobec Aleksandra Kaczyńskiego sprowokowałoby zapewne tezy o naruszeniu porządku konstytucyjnego. Wiemy to jednak nie dzięki uporczywej lekturze ustawy zasadniczej i wydawanych do niej komentarzy, ale dzięki zrozumieniu kontekstu, w jakim była ona przygotowana, uchwalona i stosowana. Co więcej - od czasu uchwały Trybunału Konstytucyjnego w sprawie lustracji - wiemy też, że ów aksjologiczny i polityczny kontekst stanowi bardziej realną podstawę ustroju niż litera konstytucji.

Nowa konstytucja

Czy wobec rozziewu między ustrojem realnym a formalną konstytucją warto tak dużą uwagę poświęcać zmianie ustawy zasadniczej? Istnieją przynajmniej trzy poważne argumenty uzasadniające pozytywną odpowiedź na to pytanie. Pierwszy z nich dotyczy natury obecnej konstytucji w sferze opisującej wzajemne relacje między organami państwa. Nie tylko sprzyja ona wzajemnemu blokowaniu się dwugłowej egzekutywy, ale też poprzez nieprecyzyjne zapisy skłania rywalizujące siły do określania realnych granic kompetencyjnych w ostrym sporze.

Po drugie - istotnym argumentem jest ta linia obrony obecnej konstytucji, która mówi, iż to nie prawo jest złe, tylko politycy, którzy nie są dość doskonali, by funkcjonować w jego ramach. Przypomina to definicję humanizmu ułożoną przez Wojciecha Wasiutyńskiego. Humanizm - według tej definicji - to nauka o człowieku, jakim powinien być, gdyby był inny. Taka właśnie humanistyczna obrona ustawy zasadniczej zakładająca istnienie lepszych polityków odkrywa pewną intelektualną słabość jej twórców i obrońców. Inaczej bowiem niż pesymistycznie oceniający naturę ludzką twórcy amerykańskiej konstytucji nasi ojcowie założyciele uważali, że pierwszą powinnością użytkowników ustawy zasadniczej jest dostosowanie się do założeń jej twórców.

Polska potrzebuje konstytucji opartej nie tylko na dobrych, ale także na tych najgorszych doświadczeniach minionego 20-lecia. Potrzebuje jako intelektualnego źródła nie tyle optymistycznego projektu, ile gorzkiego niekiedy doświadczenia realiów.

Reklama

Trzecim argumentem przemawiającym za nową konstytucją jest potrzeba dokonania nowej dystrybucji ustrojowego zaufania. Przy Okrągłym Stole ustanowiono pewną ścieżkę myślenia politycznego, która obawiała się "niekontrolowanego wybuchu społecznego", a wsparta opisanym wyżej lękiem przed silną władzą stworzyła mechanizm podwójnie zablokowanej demokracji. Lata 90. wzmocniły ową nieufność wobec społeczeństwa i stworzyły - opisany przez prof. Krasnodębskiego - model odwróconego liberalizmu, w którym sprawujące realną władzę elity chronione były zarówno przed społeczeństwem, jak i przed posiadającym demokratyczny mandat, ale słabym rządem.

Model ten załamał się w roku 2003. Obie partie centroprawicy są beneficjentami ówczesnej zmiany politycznej. Obie zmarnowały okazję do nadania jej formy konstytucyjnej, zmarnowały moment konstytucyjny 2005 r. Utrzymały niejasny stan zawieszenia, w którym nie obowiązuje już większość nieformalnych reguł lat 90., a zarazem nie pojawia się choćby zarys nowego ładu. Realna polityka nie buduje już na obawie przed społeczeństwem, ale przeciwnie - próbuje przy użyciu rozmaitych populistycznych lub marketingowych chwytów surfować na falach społecznych emocji. Realna polityka nie uznaje już dominacji dawnych elit intelektualnych. Najważniejsi politycy nie muszą zaczynać dnia od lektury "Gazety Wyborczej". Inna jest rola służb specjalnych i postkomunistycznych oligarchów. Inaczej przebiegają spory o przeszłość, o współpracę z SB, inaczej postrzegany jest fakt uczestniczenia w strukturach władzy PRL.

Nie oznacza to jednak, że nowa konstytucja ma być jedynie odwzorowaniem nowych realnych reguł. Konstytucja z natury rzeczy jest w pewnym stopniu konstruktywistyczna, opracowywana w odniesieniu nie tylko do realiów, ale także do ustrojowej wyobraźni i do przyjętych przez jej twórców nowych zasad dystrybucji zaufania. Momentem konstytucyjnym będzie zatem nie tyle kolejny ustrojowy kryzys, ile pojawienie się woli ukształtowania jednego ośrodka władzy wykonawczej na poziomie krajowym. Woli wyposażenia tego ośrodka w realne narzędzia sprawowania przywództwa.