Rosja zarzuca prezydentowi Ukrainy awanturnictwo, próbując przedstawić go jako niepoważnego polityka, gotowego sprowokować konflikt, by załatwić swoje problemy wewnętrzne. Zachód – przekonuje Moskwa, powinien przywołać go do porządku i zasiąść z powrotem do rozmów z Rosją – mówi ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich, Piotr Żochowski.

Reklama

Z kolei Ukraina przekonuje, że to Rosja dąży do eskalacji, koncentrując wojska wzdłuż granicy, nasilając – poprzez wspierane przez siebie siły - działania w Donbasie. Ukraina zdołała przy tym uzyskać deklaracje wsparcia ze strony USA i Zachodu – dodaje ekspert.

W ostatnim czasie odbyła się pierwsza rozmowa Wołodymyra Zełenskiego z prezydentem Joe Bidenem, który zapewnił, że "Ukraina nie zostanie sama wobec rosyjskiej agresji". Po rozmowie z szefem NATO Zełenski zaapelował o przyznanie Ukrainie MAP (Planu Działań na Rzecz Członkostwa) i wskazał przystąpienie do Sojuszu jako "jedyną drogę" rozwiązania konfliktu w Donbasie.

Rosja o prowokacje oskarża Kijów, mówiąc o groźbie "nowej Srebrenicy" (czyli masakry, której mieliby dopuścić się Ukraińcy na obywatelach rosyjskich w Donbasie), przestrzegając przed konsekwencjami zbliżenia z NATO.

Rosja będzie zmuszona stanąć w obronie swoich obywateli w Donbasie zależnie od skali ewentualnego konfliktu - ostrzegł przedstawiciel Kremla Dmitrij Kozak. Jeśli będzie urządzona tam - jak mawia nasz prezydent - Srebrenica, to będziemy musieli stanąć w obronie (obywateli Rosji) - powiedział Kozak. Ostrzegł przy tym, że rozpoczęcie w Donbasie przez siły ukraińskie działań bojowych byłoby "początkiem końca Ukrainy, strzałem - nie w stopę, ale we własną skroń". Według informacji agencji TASS w 2019 r. władze Rosji przyznały paszporty prawie 200 tys. mieszkańców Donbasu.

"To nie jest jakiś tam lokalny zatarg pomiędzy Ukrainą i Rosją"

Należy pamiętać, że to nie jest jakiś tam lokalny zatarg pomiędzy Ukrainą i Rosją, ale wielka polityka, w której uczestniczą najważniejsi gracze na Zachodzie – USA i UE – mówi Żochowski.

Postawa Moskwy w dużej mierze wpisuje się w wojnę psychologiczną prowadzoną przeciwko Ukrainie i Zachodowi. Demonstracyjne ruchy armii czy prowadzenie stałych ostrzałów na linii rozgraniczenia mogą służyć sprowokowaniu wojsk ukraińskich do otwarcia ognia, co pozwoliłoby Kremlowi na oskarżenie Ukrainy o dokonanie aktu agresji – czytamy w komentarzu OSW sprzed kilku dni.

Ze strony Rosji obserwujemy nasiloną kampanię informacyjną, zasilaną "wrzucanymi" do mediów zdjęciami czy informacjami o ruchach wojsk – wskazuje Żochowski.

Zdaniem eksperta, celem tych działań jest, tradycyjnie, "wywołanie histerii, przekonania o ryzyku poważnego konfliktu". To jest w dużej mierze skuteczne, bo każdy z komentarzy Kremla czy kolejne "wrzutki" w mediach o przerzucanym sprzęcie czy "obozie rosyjskim pod granicą z Ukrainą" błyskawicznie rozchodzą się po internecie, prowadząc do wzrostu napięcia – ocenia.

Żochowski uważa, że jest to typowy sposób działania Rosji przez budowanie napięcia i umiejętne nagłaśnianie zagrożenia. Takie sytuacje obserwowaliśmy już np. wokół rzekomych planów aneksji Białorusi przy okazji manewrów Zapad w 2017 r. – przypomina.

"Stanu psychiczny" na Kremlu

Jeśli analizować sytuację na chłodno, to obecna sytuacja militarna nie przemawia jednoznacznie za tym, że zapadła decyzja o siłowym scenariuszu. Demonstracyjne ruchy wojsk czy nasilenie ostrzału w Donbasie to jedno, ale pamiętajmy, że Rosja od dawna ma w regionie zgromadzone wystarczające siły, które umożliwiają przeprowadzenie działań zbrojnych. Sprawa decyzji o użyciu siły jest nie do przewidzenia – to zagrożenie istnieje i będzie istniało i zależy, że tak powiem, wyłącznie od "stanu psychicznego" na Kremlu – mówi Żochowski.

Eksperci sugerują m.in., że działania Rosji są „testowaniem” nowego prezydenta USA lub że nowy konflikt może wybuchnąć jako zaplanowana przez Kreml operacja poprawienia notowań Władimira Putina czy odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych. Zełenskiemu media rosyjskie zarzucają "zwrot nacjonalistyczny" i próbę konsolidacji społeczeństwa przed kolejnymi wyborami.

Reklama

Mówiąc o przyczynach obecnej „destabilizacji” na linii rozgraniczenia w Donbasie, Moskwa pokazuje palcem na Kijów, twierdząc, że to ten nie chce wypełniać porozumień pokojowych i zrywa proces uregulowania, w którym uczestniczą także w różnych formatach m.in. OBWE, Francja i Niemcy. W istocie chodzi o to, że Kijów nie zgadza się na żądania Moskwy – uznania podmiotowości kontrolujących część Donbasu prorosyjskich separatystów i nadania specjalnego statusu tym terytoriom. Żąda natomiast przywrócenia kontroli nad granicą ukraińsko-rosyjską, na co nie zgadza się Rosja.

Jak przyznaje ekspert OSW, przyczyna konfliktu nie zmieniła się od 2014 r., kiedy – po uprzedniej aneksji Krymu - wspierane przez Rosję siły w obwodach ługańskim i donieckim rozpoczęły separatystyczny konflikt, pozbawiając Kijów kontroli nad częścią terytorium kraju. Jako pretekst posłużyło wówczas rzekoma "ochrona mniejszości rosyjskiej".

Rosja dąży do federalizacji Ukrainy i zmuszenia jej do uznania separatystów, upierając się przy tym, że sama nie jest stroną konfliktu. Kijów w negocjacjach dąży do odzyskania kontrolę nad swoim terytorium – konstatuje ekspert.