W ciągu ostatnich dni z Moskwy zaczęły nagle płynąć komunikaty dotyczące Polski. Najpierw Siergiej Ławrow wprost przekazał, że pomysł misji pokojowej krajów NATO na Ukrainie to fortel Warszawy, służący przejęciu kontroli nad Lwowem oraz w domyśle nad ziemiami niegdyś wchodzącym w skład II Rzeczpospolitej. Następnie Dmitrij Miedwiediew w długim wpisie na serwisie społecznościowymi Telegram rozwodził się nad niewdzięcznością Polaków oraz łajdactwem "politycznych imbecyli", którzy nimi rządzą. Aby na koniec oświadczyć, że dla "wasalnych polskich elit o wiele ważniejsze jest przysięganie wierności swemu zwierzchnikowi - Ameryce - niż pomaganie własnym obywatelom, więc będą one stale podtrzymywać ogień nienawiści do wroga w postaci Rosji. Co na tym zyskają obywatele? Absolutnie nic. Ale prędzej czy później zrozumieją, że nienawiść do Rosji nie jednoczy społeczeństwa, nie przyczynia się do dobrobytu i spokoju". Czytaj – obywatele obalą elity władzy i wybiorą sobie nowe, takie bardzo prorosyjskie.

Reklama

Kreml niedoszacował wagi Polski?

Nad takimi komunikatami z Kremla można przejść do porządku dziennego i traktować je jako element wojny informacyjnej. Tyle że byłoby to wyjątkowo krótkowzroczne. Dostrzec to można za sprawą kilku faktów.

Pierwszy dotyczy nie treści, lecz osób, które ją przekazały. Siergiej Ławrow jest ministrem spraw zagranicznych Rosji od roku 2004. Przez ten długi czas, wciąż z tak samo wielkim oddaniem służy Władimirowi Putinowi. Udowadniając, iż wykona każde jego polecenie, wykazując się przy tym sporą sprawnością intelektualną, a także absolutnym brakiem skrupułów. Równie oddanym sługą prezydenta Rosji jest Dmitrij Miedwiediew. To właśnie jego wybrał Putin, gdy postanowił przekazać na jedną kadencję urząd prezydenta Rosji innej osobie. Tak stwarzając pozory przestrzegania konstytucji oraz demokratycznych reguł. Ryzyko było niemałe, bo mniej lojalny polityk w takiej sytuacji mógł próbować wyrwać się spod kontroli "dobroczyńcy" i przejąć rzeczywistą władzę. Miedwiediew trwał w ślepym posłuszeństwie, za co był potem wielokrotnie nagradzany.

Skoro więc zainteresowanie Polską wykazują równocześnie dwaj najwierniejsi słudzy Putina, należy założyć, iż wykonują nakaz, jaki otrzymali od cara.

Reklama

Kolejny fakt to przygotowania do wojny na Ukrainie oraz jej przebieg. Przez ostatnie miesiące Kreml właściwie nie wykazywał zainteresowania III RP. Na niwie dyplomatycznej skupił się na rozgrywce z mocarstwami: Stanami Zjednoczonymi, Chinami, Niemcami, Francją, Wielką Brytanią. Mniejszym państwom poświęcano uwagę, gdy te sygnalizowały jakieś przedsięwzięcie mogące poprawić strategiczną sytuację NATO. Na przykład wstąpienie do paktu Szwecji i Finlandii, czy też obsadzenie natowskimi siłami duńskiej wyspy Bornholm. Wówczas z Moskwy wypływała seria gróźb, mających na celu zastraszenie rządów tychże państw. Nic finezyjnego, zwyczajne terroryzowanie prymitywnymi aluzjami o możliwym użyciu siły militarnej. Nota bene ostatnie komunikaty pod adresem Polski aż tak prymitywne nie są. Wracając do faktu, to działania dyplomatyczne Kremla były ściśle powiązane z przekonaniem, iż najazd na Ukrainę przebiegnie błyskawicznie. Armia ukraińska miała zostać rozbita w pierwszym tygodniu walk, a do roli nowego prezydenta podbitego kraju wyznaczono obalonego w 2014 r. Wiktora Janukowycza. W takim scenariuszu rola Polski pozostawała zupełnie trzeciorzędna. Kreml nie przywiązywał więc większej wagi do postawy naszego kraju.

Jednak zamiast blitzkriegu mamy dziś na Ukrainie wojnę pozycyjną. Trwają krwawe walki wokół kluczowych punktów oporu, a najwięcej żołnierzy ginie za sprawą ostrzału artyleryjskiego. Niemal tak jak podczas I wojny światowej. Wówczas zwycięstwa odnosiła ta strona, która potrafiła zabić tak wielu żołnierzy wroga, by ów nie był już wstanie uzupełnić strat. Ta sama reguła dotyczyła wyczerpania się zasobów: broni, amunicji, paliwa oraz żywności. Komu pierwszemu zaczyna brakować pięciu wymienionych środków, niezbędnych do prowadzenia wojny, ten przegrywa. Ukraina nadal dysponuje sporymi rezerwami ludzi zdolnych do walki, lecz pozostałe zasoby, włącznie z żywnością, musi otrzymywać z zewnątrz. Są jak kroplówka niezbędna do życia. Jeśli zostanie od nich odcięta, wówczas przegra. Kluczowym miejscem, skąd przekazywane są siłom ukraińskim środki, stała się Polska. Im dłużej trwa wojna pozycyjna, będąca krwawą rzeźnią na wyczerpanie zasobów, tym strategiczna rola III RP okazuje się ważniejsza. Komunikaty od Ławrowa i Miedwiediewa świadczą, że Putin już to wie. Stąd pierwsze balony próbne pod adresem kraju, dotąd trzeciorzędnego. Działania polskiego rządu, promujące wysłanie sił pokojowych NATO na Ukrainę oraz zablokowanie wymiany handlowej UE z Rosją zapewne też się do tego przyczyniły.

Polska naturalnym zapleczem państwa frontowego

Jednakże nawet gdyby Warszawa nie wychodziła przed szereg, i tak musiała stać się kluczowym elementem w grze miedzy mocarstwami. Wojna pozycyjna na Ukrainie czyni z Polski naturalne zaplecze państwa frontowego. Dużo ważniejsze z racji lokalizacji od Słowacji i Rumunii (zaś rząd Orbana nie zgodził się, aby Węgry pełniły taką rolę). Zatem dopóki III RP zachowuje stabilność i zapewnia dopływ zaopatrzenia, dopóty walczący zachowują realne szanse na zwycięstwo.

Komunikaty od Ławrowa i Miedwiediewa składają się z trzech ważnych elementów. Pierwszy stanowiła próba wywarcia presji na Warszawę, lecz jak na rosyjskie standardy była ona delikatna. Drugi element to sondowanie możliwości skłócenia Polaków z Ukraińcami (kwestia Lwowa) oraz przede wszystkim między sobą. Szybkość, z jaką ludzie pretendujący do roli liderów opinii środowisk liberalnych podjęli temat aneksji Lwowa, wchodząc w rolę leninowskich "pożytecznych idiotów" (acz, co do słowa "pożyteczny" można mieć wątpliwości) zdaje się świadczyć, iż Ławrow trafił. Jednak to pozór. Dla zewnętrznego obserwatora polska polaryzacja polityczna stanowi niezrozumiały fenomen. Stopnień słownej agresji (którą łatwo śledzić z zewnątrz) w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych między najbardziej fanatycznymi członkami dwu kluczowych obozów politycznych jest ogromny. Obecnie rzecz standardową stanowią nawet nie oskarżanie drugiej strona o potajemny sojusz z Kremlem, lecz promowania przekonania, iż trwa on od lat. Słowa "zdrada" oraz "zdrajcy" stały się stały elementem przekazu używanym przez obie strony. Zarówno na wschód, jak na zachód od Polski taka sytuacja przełożyłaby się w końcu na wzajemne wyżynanie się fanatycznych przedstawicieli dwóch obozów na ulicach miast. W Polsce nie przekłada się na nic. Jedyny problem tworzy ubóstwo ojczystego języka, ponieważ najcięższe epitety dawno się zdewaluowały z racji codziennego nadużywanie i trudno wymyślić nowe.

Ten fenomen sprawia, że działania Kremla, obliczone na pogłębienie w Polsce wewnętrznych konfliktów, by tak zakłócić przekazywanie zasobów wojennych Ukrainie, nie mają większych szans powodzenia. Dlatego najistotniejszy wydaje się trzeci element komunikatu od Ławrowa i Miedwiediewa.

Podsycanie nienawiści do Polski

Skierowany był on do wewnątrz, czyli do Rosjan. Najwierniejsi ze sług Putina zaprezentowali im, jak ohydną nacją są Polacy. Być może nawet bardziej obrzydliwą od Ukraińców. W końcu za dobro wyświadczone im przez Rosję Polacy odpłacają się rusofobią i szkodzeniem jej interesom na każdym kroku. Na dokładkę wysługują się Amerykanom i wspierają ukraińskich "nazistów". Jednym słowem zasługują na sprawiedliwą karę. Ewentualnie otumaniony, polski naród zasługuje na wyzwolenie go spod władzy zakłamanych elit, tak jak już to raz uczyniono po 17 września 1939 r.

Taka narracja, mająca podsycać nienawiść do Polski, stanowi pierwszy symptom przygotowywania się do podjęcia bardziej radykalnych działań. Władimir Putin nie może przegrać w kompromitującym stylu wojny z Ukrainą, bo to oznaczałby dla niego ryzyko utraty nie tylko władzy, ale i głowy. Z kolei, żeby zdecydowanie wygrać musi odciąć Ukraińców od dostaw zasobów wojennych. Inaczej prawdopodobnym staje się, że to rosyjska armia wykrwawi się szybciej.

W dziejach wojen pozycyjnych, aby paraliżować zaplecze wroga, stosowano całą gamę działań. Gdy chce się uniknąć eskalacji konfliktu, w grę wchodzą akcje sabotażowe wymierzone w transporty z zaopatrzeniem. Kiedy jednak desperacja i chęć wygrania za wszelką cenę przeważa, wówczas najwygodniejszymi narzędziami stają się lotnictwo, artyleria, rakiety. Poza tym należy też pamiętać, że trudno o zawarcie przez Putina pokoju z Ukrainą, który nie byłby dla niego kompromitujący. Natomiast pokój zawarty po krótkim starciu z całą potęgą NATO może nobilitować w oczach Rosjan i umocnić władzę prezydenta. Niestety decyzja, jaki wariant prowadzenia wojny wybrać, pozostaje w rękach Kremla, zaś poczynania polskiego rządu mogą na to nie mieć żadnego wpływu. Tylko czy my jesteśmy na to gotowi?