Oplem Astrą, ale służy raczej żonie niż mnie.
Mam.
(śmiech) Nie i nigdy nimi nie jeździłem.
To nieprawda. Nie piłem, bo brałem antybiotyki i pić nie mogłem, i nie jeździłem żadnym meleksem. Zgadza się tylko to, że byłem na Cyprze. Wie pan, gdybym rzeczywiście wtedy zabalował, to
przynajmniej wiedziałbym, że źle się zachowałem, a teraz obrywam.
Nie będę wdawał się w takie spekulacje, bo cokolwiek powiem, zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Dzwoni do mnie "Super Express" i pyta, czy to przypadkiem nie rosyjski wywiad
zorganizował prowokację wymierzoną we mnie. Mówię, żeby dali spokój i czytam potem w gazecie, że zdaniem Karskiego za prowokacją stoją Rosjanie…
A dlaczego ja mam się domyślać?
Są tylko zeznania jednego świadka - nocnego stróża, które są już inne niż pierwsze relacje. Ja nie chcę w to wchodzić, bo my wytaczamy hotelowi proces o pomówienie i sprawa wkrótce
powinna skończyć się tym, że zostaniemy przeproszeni.
Jestem absolutnie pewien, że tak to się skończy, bo wiem, że jesteśmy niewinni.
Nie mam w tej sprawie nic więcej do powiedzenia.
To pochodzi z kręgów Platformy Obywatelskiej. Nie trysnął pan dowcipem.
Zapisałem się na obozie zerowym w Szalejowie w Kotlinie Kłodzkiej i tak zostało. Wtedy nie rozróżniałem organizacji studenckich.
Zrzeszenie Studentów Polskich nie było wówczas organizacją o charakterze politycznym. Jeśli ktoś chciał robić karierę polityczną, to miał inne możliwości.
To były dla mnie bardzo wysokie progi, nie znałem tych ludzi. Jak widać, ludzie z ZSP lądują w różnych miejscach.
Używa jej pan.
Co pewien czas się ją słyszy. Różne nazwy funkcjonowały.
Ja byłem w dość nietypowym dla zrzeszenia miejscu, bo organizacja na wydziale prawa była zawsze tępiona przez władze zwierzchnie. Nieustannie byliśmy z nimi w jakimś sporze.
Nie sądzę, by działalność w ZSP mogłą wpłynąć na moją karierę, zwłaszcza jeśli się prześledzi jej dalszy ciąg. Ja w ZSP organizowałem wykłady dotyczące ekologii z udziałem
choćby prof. Stefana Kozłowskiego, eksperta "Solidarności". Można na nich było zaliczać zajęcia, ludzie się garnęli.
Będąc członkiem ZSP, wiedziałem, że to organizacja oficjalna, w której jednak można było robić pewne rzeczy merytoryczne. Były osoby, które traktowały to jako trampolinę do kariery, ale
byli też ludzie zajmujący się turystyką, ruchem naukowym czy kulturą studencką. Pierwszy koncert Przemysława Gintrowskiego, z którego można było legalnie rozpowszechniać kasety, był w
uniwersyteckim klubie Sigma.
Ja się z panem nie chcę kłócić, tylko przedstawiam swój ogląd.
Z punktu widzenia tego, co mogłem merytorycznie zrobić, nie mam sobie nic do zarzucenia. Organizowanie wykładów o ekologii uważam za pozytywne.
Trudno to w ten sposób wartościować. Ja mam szacunek dla wszystkich: i dla tych, którzy byli w ZSP, i dla tych, którzy działali w NZS.
Nie chcę dokonywać takich ocen, bo dzisiaj na to wszystko patrzy się inaczej. Nie zrobiłem osobiście nic złego. Można było być członkiem ZSP i być porządnym człowiekiem. W działalność
polityczną się nie angażowałm.
Taka sytuacja rzeczywiście miała miejsce, ale trzeba sobie zdawać sprawę, co to było - to nie była rada w dzisiejszym znaczeniu. Rada Żoliborza liczyła 110 osób, a radni nie dostawali
żadnego wynagrodzenia, tylko raz na kwartał skromną dietę za posiedzenie, w wysokości "diety wyjazdowej", czyli przeliczając na dzisiejsze - równowartość 23 zł.
Nie, poznałem wtedy wiele osób, choćby Józefa Menesa, późniejszego pierwszego demokratycznego burmistrza Żoliborza, członka Unii Wolności. W Wesołej radnym był prof. Jan Szyszko…
Byłem na drugim miejscu na liście i mnie wybrano.
No nie, oczywiście, że nie.
Przyjmuję to do wiadomości.
W składzie PRON było również PTTK i w zasadzie każda organizacja działająca oficjalnie. A ja nie byłem członkiem tej organizacji i nie byłem przez nią zgłoszony.
Wtedy też nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Ja tam trafiłem trochę przez przypadek, bo kiedyś poszedłem do rady uczelnianej ZSP i ktoś wypełniał formularze dotyczące kandydowania. No to
spytałem, czy też mógłbym się zgłosić i powiedzieli: "To wypełnij". Byłem pewien, że mnie odrzucą, lecz po jakimś czasie zaproszono mnie na spotkanie z mieszkańcami.
Jako radny raz zabrałem głos, pytając komendanta milicji, dlaczego są tak wielkie kolejki przed urzędem paszportowym, za co mnie zganiono, że to nie nasza sprawa, ale komendant coś tam
obiecał. Cała rada zakończyła działalność w 1990 r., kiedy ogłoszono nowe wybory samorządowe.
Bo ja nie zajmowałem się żadnymi wielkimi rzeczami w ZSP.
Zasiadałem w Głównej Komisji Rewizyjnej, ale to było już po 4 czerwca 1989 r.
Bo do niego nigdy nie należałem. Czym innym jest być członkiem ZSP, a czym innym członkiem Ordynackiej.
No mają tę radość. Byłem na jednym ze spotkań założycielskich tego stowarzyszenia, ale nigdy do niego nie wstąpiłem. Włodzimierz Czarzasty ma jakieś informacje z drugiej ręki, ale ja
wiem lepiej, czy do niego należałem, czy nie.
Pełna formuła brzmi: "Za zasługi w działalności w ruchu studenckim, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej" i to odznaczenie dostałem w sali senatu Uniwersytetu
Warszawskiego wśród zacnych profesorów oraz innych osób.
Przyznał je prezydent, a Marek Dukaczewski był wtedy ministrem w Kancelarii Prezydenta. Szefem WSI został później.
Nie sądzi pan chyba, że można było otrzymać wysokie odznaczenie państwowe wyłącznie za działalność w ruchu studenckim?
To pana sądy idą za daleko. Ja byłem już wtedy prawicowym radnym warszawskim i tym Krzyżem Zasługi drażniłem radnych SLD.
Jakoś podczas odwoływania rządu Olszewskiego, w 1992 r. Dla mnie, prawnika, to było bulwersujące, że wbrew konstytucji odwołuje się ministrów, a powołuje kierowników resortów. Chciałem
być w miejscu, gdzie jest się słabszym.
Nawet jeśli tak, to chyba dobra ewolucja, prawda?
Byłem radnym gminy Warszawa Centrum i jednocześnie - bo takie były przepisy - rady dzielnicy Żoliborz. Byłem też, jako delegat rady, radnym, a nawet wiceprzewodniczącym sejmiku
wojewódzkiego.
Już wtedy odkłamywałem te informacje. Taka kwota powstała jednorazowo, bo przewodniczący rady gminy Warszawa Centrum wstrzymywał przez jakiś czas wypłatę części diet, a następnie
wypłacił je jednorazowo. Stąd wyszło 9,8 tysiąca złotych.
Średnio to było miesięcznie około sześciu, siedmiu tysięcy. Takie były wtedy diety i nie pobierałem ich większych niż pozostali radni. Dzisiaj są inne przepisy i rozdzielono różne
szczeble samorządu. I to bardzo dobrze.
Wyliczono mi siedem komisji, ale nie poinformowano, że jedna z nich jest martwa, a z trzech innych zrzekłem się diet, będąc w tej dzielnicy wicedyrektorem. W następnej kadencji nie pobierałem
w ogóle diety, gmina od razu przekazywała ją na cele charytatywne. Ale słupki poszły już do gazet…
Powtórzę, że moje diety nie odbiegały od diet innych radnych Warszawy. Byłem też autorem uchwały rady o obniżeniu diet do symbolicznej złotówki. Nie została przyjęta.
Dwa i pół miesiąca.
Zupełna nieprawda, w ogóle nie rozmawiałem na ten temat z premierem Kaczyńskim. Było tak, że w trakcie jednego ze spotkań z minister Fotygą wypłynęła kwestia obsady stanowisk
wiceministrów. Wtedy jeden z ministrów - zajmujący się polityką europejską - przechodził do UKIE, a drugi - odpowiadający za sprawy traktatowe - jechał na placówkę do Holandii. A że
jestem prawnikiem zajmującym się prawem międzynarodowym i byłem szefem sejmowej komisji europejskiej, to powiedziałem, że nie miałbym nic przeciwko temu, by ich zastąpić. Po czterech dniach
dostałem nominację. To była moja jedyna rozmowa na ten temat.
Ich wynik nie był przesądzony, prawda? Każde ministerstwo musi funkcjonować.
Pewne rzeczy udało się załatwić, pracowałem przy traktacie lizbońskim, to było satysfakcjonujące zajęcie.
Gdyby mi to zaproponowano, tobym nie odmówił. Ale ministrem spraw zagranicznych? To bardzo wysokie stanowisko, a ja mam wiele pokory wobec siebie. Powiem tak: jestem doktorem prawa, wykładam prawo
międzynarodowe, mam szereg publikacji na ten temat i to, co robiłem, było zgodne z moim wykształceniem. Poza tym jestem pasjonatem tego, co robię, ja to po prostu lubię i nawet w ramach
odpoczynku czytam książki naukowe z prawa międzynarodowego.
Są dni, kiedy niewiele się robi i takie, kiedy pracuję od siódmej rano do drugiej w nocy. Nie można niczego zaplanować.
W Bibliotece Uniwersyteckiej jest Karol Karski - teolog i Karol Karski - prawnik, więc jakoś nas rozróżniają. Nie jesteśmy spokrewnieni, a moja rodzina jest katolicka.
Radnym potem byłem 11 lat. Urodziłem się trzynastego, w piątek. Trzynastego w piątek zdałem na czwórkę mój najtrudniejszy egzamin na studiach - z prawa rzymskiego. Nie jestem przesądny i
pecha się nie boję.