Milicjant (śmiech). Kiedyś nas spisywał mozolnie takim ołówkiem kopiowym, który trzeba było najpierw poślinić. I on pluje na ten ołówek i pyta skonfudowany:
"A jak to się pisze? Hip, hip…". To mu podpowiedzieliśmy "hip-pies". "A, pies!" - ucieszył się. No i tak już do mnie przylgnęło.
"Znałem najlepsze umysły mojego pokolenia…". Tak się zaczyna. Dalej już zapomniałem.
To zabawne, bo ja tego zupełnie nie pamiętam.
Próbowano to przeciwko mnie wykorzystać w 2006 r., kiedy kandydowałem na prezydenta Krakowa, ale to tylko przysporzyło mi popularności. Dla pokolenia moich dzieci to była bomba, że Kora,
Maanam, ja…
Wiedziały, że byłem hipisem, ale o Korze nie.
A ona, wtedy jeszcze Olga Ostrowska - w liceum. Był maj 1968 r., piękna dziewczyna. Byliśmy razem w ruchu…
Tak wtedy mówiliśmy: ruch, byliśmy w ruchu.
Całą trójką: Kora, jej przyjaciółka Galia, która później, w latach 80., popełniła samobójstwo, i ja jechaliśmy autostopem na zlot hipisów do Mielna nad morzem i uznaliśmy, że każdy
musi mieć jakiś pseudonim. Wtedy ja wymyśliłem Galię, a ona wymyśliła dla Olgi Korę. Mnie się nie podobało, ale tak już zostało.
Bo nic nadzwyczajnego się nie działo, to bajki (śmiech).
I jakżeż ja mógłbym to komentować?
Nie… Miałem już 19 lat.
Skądże! Co prawda Adam Macedoński, znany krakowski artysta i opozycjonista, opowiada, jak to w Rzymie w 1967 r. na Schodach Hiszpańskich zobaczył młodziutkiego hipisa, pięknie ubranego i
pomyślał: "Boże, jaki śliczny młodzieniec". Kilka miesięcy potem zobaczył tego samego młodzieńca na rynku w Krakowie. I to miałem być ja (śmiech). Ja rzeczywiście
byłem we wrześniu 1967 r. w Rzymie, ale nie sądzę, bym mógł wpaść w oko Macedońskiemu.
Bardzo lubiłem. Kiedy Kora śpiewała "Boskie Buenos", to ciarki przechodziły po plecach. Zawsze uważałem ją za bardzo utalentowaną kobietę.
O Boże, strasznie dawno… Chyba podczas kampanii Mazowieckiego, kiedy ona siedziała przy jakimś stoliczku i zbierała dla niego podpisy. Ja byłem oczywiście wałęsowcem. Zamieniliśmy kilka
słów.
Nie miałbym śmiałości tego proponować. Już wiem, co moja żona powie na ten wywiad (śmiech).
Uczyłem się raczej marnie, często wagarowałem. Piło się tanie wina, paliło papierosy. Już nosiłem długie włosy, w związku z czym miałem kłopoty. Szczerze powiedziawszy, to nie wiem, czy
znałem wtedy jeszcze kogoś, kto nosił długie włosy.
Z pocztówek dźwiękowych słuchałem Beatlesów, Rolling Stonesów, Animalsów. W mojej szkole na bębnie grał Andrzej Zaucha. Hipisów poznałem wcześnie, bo…
Nie, w 1967 w klubie wojskowym Szopa. Tam grał czeski zespół hipisowski i oni zażądali, by hipisi wchodzili za darmo. Ja miałem już włosy do ramion, ale spotkałem dwóch takich, którzy
mieli naprawdę długie włosy, pięknie rozczesane i zaczęli się dopytywać, skąd ja jestem. To byli Marcel i Warkocz z Warszawy, z grupy Proroka, warszawskiego hipisa Józefa Pyrza, dziś bardzo
gorliwego katolika i wybitnego rzeźbiarza sakralnego mieszkającego we Francji. Pamiętam, jak Prorok z grupą przyjechali do Krakowa i przyszli po mnie na uniwersytet, kiedy miałem zajęcia. I tak
po kolei wsadzali głowy do sali: najpierw Kogut ze swoimi długimi blond włosami, potem Turek, czyli Marek Garztecki.
Bo chodził w fezie, czyli takiej tureckiej czapce. Budzili nieprawdopodobną sensację. Po zajęciach otoczyli mnie wianuszkiem, ale jako że nie miałem co z nimi zrobić, to załatwiłem im nocleg
w ZMS.
Tak. Oni się bardzo ucieszyli, że przyjechali goście z Warszawy.
Oni z łatwością przyjęli tę wersję.
Z początku polscy hipisi mieli dość ostrożny stosunek do pacyfizmu. Zostali pacyfistami dopiero, kiedy się pojawili dezerterzy, a właściwie ci, którzy ukrywali się przed powszechną
służbą wojskową. Nieco wcześniej spotkałem takiego pół-Polaka, który właśnie przyjechał do Krakowa i opowiadał o idei zachodnich hipisów - marszu na żelazną kurtynę. I oni chcieli,
by naprzeciw nich wyszli hipisi ze Wschodu. Bardzo się do tego pomysłu zapaliłem.
Głównie u rodziców, ale cały czas kombinowaliśmy i wynajmowaliśmy coś wspólnie.
Pomieszkiwałem. Hip-chatka była niejedna. Tak mówiono na domek w Bieżanowie Drożdżowni, na piękny dom braci Muskatów w Zakopanem, na oficynę przy Kazimierza Wielkiego…
Pojechałem do Proroka do Warszawy w piątek 8 marca, a w sobotę zobaczyłem pod Politechniką milicję bijącą studentów. Poszliśmy do Psychologa, Marka Zwolińskiego, który leżał w łóżku
pobity. Wróciłem do Krakowa akurat na pierwszy wiec i opowiedziałem, co sam widziałem. Wtedy mnie wylegitymowano po raz pierwszy, w kwietniu zatrzymano w areszcie. Potem próbowaliśmy jeszcze
studentów tym zainteresować, przeciągaliśmy strajk, organizowaliśmy pikiety zajęć, ale ponieśliśmy sromotną klęskę. Nikt nie był tym zainteresowany. Mieliśmy poczucie katastrofy i
wrócił pomysł na hipisowanie…
To była druga rocznica inwazji. Demonstrację polegającą na tym, że wszyscy hipisi, zwykle kolorowi, przyjdą na czarno, wymyślili Daria i Makadiwok.
Nie, pod ratuszem (śmiech). Akurat była tam ekipa zachodnioniemieckiej telewizji, po raz pierwszy w Polsce, i dla nich to był niesamowity news. A ja się dla nich wypowiadałem jako znany hipis,
który siedział w więzieniu. Dali nam karton Marlboro, które paliłem po raz pierwszy w życiu.
Ojciec Darii przez pośrednika umówił się ze mną w kawiarni. To był taki tęgi, peerelowski dyrektor i był załamany tym, co robi Daria, skądinąd śliczna, wrażliwa dziewczyna. Ja go
przekonywałem, że chodzi nam o wolność, że wszystko będzie dobrze -straszne bzdury wygadywałem i dziwiłem się, że on tego nie rozumie. Ale niestety, to on miał rację.
Daria i Makadiwok jeszcze w Polsce zaczęli brać jakieś świństwa. Pamiętam, jak przekonywałem ich kiedyś całą noc, żeby to rzucili, a oni zapewniali mnie, że to jest piękne. Jak tylko
mogli wyjechać na Zachód, to wyjechali i zaczęli brać naprawdę. Daria zaszła w ciążę, dziecko oddała do jakiegoś przytułku dla dzieci narkomanów w Holandii. Pojechali do Paryża, gdzie
ona, wycieńczona ciążą i porodem, wzięła za dużo narkotyków i zmarła w jakieś restauracyjnej toalecie. Podobno Makadiwok potem rzucił to wszystko i wyciągnął dziecko z przytułku. Ale
nie wiem, czy to prawda.
Na tym pierwszym zlocie w Mielnie w nocy podczas dyskusji w obozowisku hipisów podobno wygłosiłem przemowę, że narkotyki to droga do wyzwolenia, mając na ten temat wiedzę wyłącznie
gazetową.
Wtedy tak.
Dwóch polityków PO złapano niedawno na posiadaniu narkotyków. Nie chciałbym, by teraz, dla równowagi przywoływano jakieś moje kretyńskie wypowiedzi sprzed 40 lat. Ale tego niech pan nie
pisze.
Ja naprawdę miałem dużo szczęścia, bo nienawidziłem zastrzyków, więc żadne eksperymenty ze strzykawką w moim przypadku nie wchodziły w grę. A innych prawdziwych narkotyków, poza tymi
pochodnymi morfiny, które się wstrzykiwało, nie było.
Czyli płyn do czyszczenia. To była głupota. Nazywano to "klejem", choć klejem nie było. W Krakowie tri pojawiło się wiosną 1968 r. jako bardzo tajemniczy i trudny do
zdobycia specyfik przywieziony w małym pojemniczku z Warszawy. Ekscytacja opadła, kiedy się okazało, że można to kupić w każdym sklepie gospodarstwa domowego (śmiech).
Obrzydlistwo. Nie lubiłem tego.
Nie uwierzy pan, ale nic.
Nasza grupa, moi przyjaciele, Kora - my naprawdę nie braliśmy. Mało tego, wszyscy przestrzegaliśmy później przed narkotykami. Sam pamiętam, jakim wstrząsem było dla mnie spotkanie
narkomanów pod Pałacem Kultury - w łachmanach, na głodzie, uzależnieni.
W styczniu 1970 r. poszliśmy na imprezę do Piotra Marka, artysty, muzyka, założyciela Dupy. Nie weszliśmy tam, bo nikt nie otworzył i ktoś z nas, może nawet i ja, wrzucił niedopałek do
kosza na śmieci. Kosz zaczął się tlić, osmaliła się futryna, a milicja obfotografowała to i oskarżono mnie o spowodowanie zagrożenia pożarem. Prokurator podszedł do tego bardzo poważnie
i dał mi miesiąc aresztu śledczego. Ścięli mi tam włosy, ale warunki były porządne, mała cela, sami spokojni więźniowie.
Z aresztu wyszedłem, ale prokurator kazał mnie zamknąć na trzy miesiące obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. Tam szczęśliwie trafiłem na doktor Madejską, która następnego dnia
wypuściła mnie na przepustkę, a potem wydała opinię, że nie mam żadnych związków z narkotykami. Sprawy o podpalenie też nie było.
Chciałem być dziennikarzem, ale ojciec namówił mnie, żebym dał sobie spokój z polonistyką, tylko poszedł na historię, która mnie wówczas nudziła. Pisałem jakieś wiersze… Po
więzieniu za namową księdza Adama Bonieckiego pojechaliśmy do Lublina studiować na KUL. Trafiła tam duża grupa z Krakowa, Warszawy, skądś tam jeszcze. Przyjęli mnie na drugi rok, ale
wytrzymałem tylko jeden semestr.
KUL miał już duże kłopoty z komandosami, przyjętymi tam po marcu 1968, którzy ciągle drażnili bezpiekę. No i jeszcze wpakowaliśmy się my z naszą komuną na Norwida… Ale też to nie
była żadna wielka komuna, wynajęliśmy część willi, w której zamieszkało kilku studentów KUL, choćby Baluba, czyli Marek Liberski, dziś fotografik w Kanadzie.
Bogdan Borusewicz twierdzi, że pamięta mnie z tego okresu właśnie z długich włosów. Zaprzyjaźniłem się wtedy z Sewkiem Blumsztajnem, Barbarą Toruńczyk i Joanną Szczęsną. I tak płynnie
przechodziłem od hipisów do opozycji.
W każdym razie on tak uważał, ale co to byli za hipisi…
To była odwilż gierkowska i przyjęli mnie na UJ. Sporo się zmieniło, bo pamiętam, jak za pierwszym razem profesor Henryk Batowski zapowiedział, że albo on będzie na wykładzie, albo ja ze
swoimi długimi włosami, a jak przyszedłem po kilku latach ze znacznie dłuższymi włosami, to nic nie powiedział, a na egzaminie dał mi piątkę.
Pierwszym krokiem było dziecko i małżeństwo. W takiej kolejności. Ślub wzięliśmy w 1975 r. Ja wtedy nie bardzo się przykładałem do studiów, konspiracja też była nieco zabawowa i nagle
stałem się odpowiedzialny za coś więcej niż tylko swoje włosy.
To był pierwszy moment, w którym zacząłem jakoś rozumieć świat, pierwszy krok.
Moja droga do prawicy prowadziła przez radykalny antykomunizm, który przeżywałem bardzo głęboko i osobiście. Potem w latach 80. moje poglądy kształtowało środowisko krakowskiego
podziemnego pisma "Arka".
Nigdy nie zerwałem z Kościołem, choć przez lata nie praktykowałem zbyt intensywnie. Natomiast nigdy mnie nie pociągały popularne w środowisku hipisowskim fascynację buddyzmem czy
Wschodem.
Zostałem ortodoksem, choć nie całkiem przekłada się to na moje życie, nad czym ubolewam.
Nigdy się nie czułem. Zawsze miałem poczucie, że ujawniłem przeszłość ojca z miłości do niego.
Pisał głównie o historii, doceniali go w tej roli profesorowie uniwersyteccy.
Jeden z archiwistów krakowskiego IPN podczas przejmowania akt SB trafił na nazwisko Terlecki. Zajrzał tam i ze zdumieniem zobaczył, że chodzi o mojego ojca. Powiedział o tym ówczesnemu szefowi
IPN w Krakowie Januszowi Kurtyce, który przez kilka tygodni zmagał się z tym, jak mi to przekazać. Prawdę mówiąc, w ogóle się nie zdziwiłem.
Zajmowałem się tymi sprawami, wiedziałem, co to znaczy być konfidentem, w jakich okolicznościach można się nim stać. I kiedy zobaczyłem teczkę, to pomyślałem, że to może być coś
nieistotnego. Ojca zwerbowano w 1951 r., czyli był to czas, o którym nikt z nas nie wie, jak by się zachował.
Nie chcę być źle zrozumiany, nie chcę go wybielać, ale jego donosy dotyczyły, z jednym wyjątkiem, emigracji i były one na poziomie informacji z londyńskiego "Dziennika
Polskiego". Znalazły się tam też jakieś charakterystyki psychologiczne emigrantów, topografia budynku "Kultury" paryskiej…
No tak, choć oczywiście to wszystko nie było takie niewinne.
Dzieci przyjęły to dobrze, choć było to dla nich - zwłaszcza dla najstarszej córki, która była z dziadkiem bardzo związana - trudne. Za to moja mama bardzo to przeżyła. Uważała, że
niepotrzebnie to wszystko zrobiłem, skoro wtedy nikt inny takich rzeczy nie pisał.
Przekonując, że jeśli nie ja, to za kilka lat opisze to ktoś inny, w inny sposób, a ja wiem o ojcu to, czego oni nie będą wiedzieć.
To jak mnie wychowywał na antykomunistę. Że z jednej strony wielu nocy nie przespał ze zgryzoty, że brnę w różne głupstwa, a z drugiej jak mnie szpikował "Kulturą"
paryską.
Oczywiście spieraliśmy się. Najpierw ja byłem lewakiem i do furii doprowadzały go moje poglądy i życiowe zawirowania, a potem jak zaangażowałem się w opozycję, to irytowała jego
bierność, więc choć wiedziałem o jego niekończących się kłopotach z cenzurą, to zarzucałem mu oportunizm.
Nie, nigdzie nie znalazłem śladu. Myślałem nad tym, dlaczego wcześniej nie zrezygnował ze współpracy z SB i bardzo poważnie zastanawiałem się, czy ojciec mnie nie chronił, czy jego
współpraca nie była ceną za to, by mnie nie spotkała poważniejsza krzywda?
No właśnie, nie byłem, a moi przyjaciele siedzieli. Byłem nawet dość zaskoczony, że mnie nie wzięli, ukrywałem się przez parę tygodni.
Nie mam do niego żalu, mnie na pewno nie skrzywdził, a sam nie wiem, jak bym się zachował, gdyby mnie przycisnęli.
Autorka tego sformułowania, Maria Hernandez-Paluch, przepraszała mnie za to, ale już poszło w świat. Machnąłem na to ręką. Zaskoczyła mnie za to reakcja części środowiska
"Tygodnika Powszechnego", z którym przez lata byłem związany, a Krzysztofa Kozłowskiego lubię do dziś - tam Józefa Hennelowa napisała, że naplułem na grób ojca. Za to
entuzjastycznie o mojej publikacji wyraził się arcybiskup Życiński. Myślę, że dziś by tego nie powtórzył.
Jakaś specyficzna wrażliwość na ludzi, na kontakt z nimi.
Muzyki słucham głównie w samochodzie. Lubię Country Joe and the Fish, taki psychodeliczny zespół. Słuchałem też Grateful Dead i oczywiście Rolling Stones.
Nie było takiej rozmowy, kiedy proponował mi kandydowanie na prezydenta Krakowa. Za to później spytał mnie, czy znałem z tamtych czasów Marka Kuchcińskiego, niegdyś hipisa z Przemyśla.
Swoją drogą Marek był jednym z tych, którzy mnie rekomendowali prezesowi.
Jest nas paru w polityce: ja, Marek, Donald Tusk. Pamięta pan przecież jego zdjęcia z tamtych czasów? (śmiech)
*Ryszard Terlecki, poseł PiS, w latach 70. jeden z pierwszych polskich hipisów, znany jako Pies.