Jakby tego było mało, jesienią ma wyjść kolejny tom źródeł dotyczących Marca ’68, który ujawni przykre dla niektórych dawnych komandosów akta śledztw i zeznania z tamtych lat, co rozdrażni środowisko "Gazety Wyborczej".

Nietrudno przewidzieć, jakie gromy spadać będą znowu na głowę prezesa IPN. I choć do Janusza Kurtyki można mieć pretensje o wiele rzeczy - brak skłonności do kompromisu czy nadmierne utożsamianie się z polityką PiS, wygląda na to, że karany jest głównie jako posłaniec przynoszący złe wiadomości. Bo ma archiwa pełne puszek Pandory. I to publikacje o ludziach znanych były ostatnio największym kłopotem Instytutu. Nie nieliczne już prokuratorskie śledztwa, nawet nie anemiczne procedury lustracyjne, a książki.

Czasem zresztą i śledztwa. Ostatnio prokurator krajowy, a więc pośrednio rząd, kazał IPN-owi badać, czy Lech Wałęsa powyciągał z teczki "Bolka" niewygodne dla siebie dokumenty. O przestępstwie zawiadomił stary wróg Wałęsy Krzysztof Wyszkowski, ale IPN bronił się przed rozpatrzeniem tej sprawy. Został zmuszony. Śledczy będą teraz badać, kto wyjmował z akt "Bolka" ważne kartki. A krytycy Kurtyki rozpoczną kolejny rytualny atak za to, że podważa on najważniejsze dla Polski symbole.

Rozstrzelać Kurtykę!

Ale i tak ten względny spokój jest zastanawiający, bo sprawa wydawała się przesądzona. "Ci, którzy nadużywają cierpliwości Polaków i publicznych pieniędzy, sami stanowią dla tej instytucji największe zagrożenie" - groził palcem Donald Tusk, angażując cały swój autorytet w emocjonalną obronę Lecha Wałęsy przed młodym historykiem Pawłem Zyzakiem, choć ten nawet nie wydał swojej książki pod szyldem IPN. Liczni posłowie zapowiadali nowelizację, która umożliwi zmianę prezesa Instytutu. Marszałek Komorowski sugerował, że niektórzy w ramach inicjatywy obywatelskiej chcą IPN po prostu rozwiązać. "Otworzymy szeroko archiwa, ale to będzie oznaczało koniec Instytutu w tej postaci" - mówił w apogeum wojny o Zyzaka ważny doradca premiera.

Można się zastanawiać, co było powodem tej niezwykłej nawet jak na polskie standardy eksplozji. Ciągłe podchody pod Lecha Wałesę, który szachował Platformę i osobiście Tuska groźbą, że nie pojawi się na rocznicowych obchodach 4 czerwca? "Żąda ode mnie, żebym rozstrzelał Kurtykę i spalił książki Cenckiewicza i Zyzaka" - zwierzał się premier współpracownikom. A może to naturalne dla każdej polskiej partii przekonanie, że nad instytucją dostarczającą złe wiadomości warto mieć kontrolę, zwłaszcza przed kolejnymi wyborami?

Było to tak irracjonalne, że ludzie bliscy Tuskowi potrafią sugerować, iż cała sprawa była pozorną kampanią, mającą przykryć inne kłopoty obozu rządzącego. Jeśli tak było, emocje udawano dobrze. W polskiej polityce nic nie jest do końca teatrem, wszyscy tak bardzo wczuwają się w role.

Tak czy inaczej góra urodziła mysz. O odwołaniu Janusza Kurtyki nikt już nie krzyczy. W ostatnich dniach Donald Tusk powtarzał członkom zarządu PO i swoim doradcom, że nie jest zainteresowany zniszczeniem autonomii tej instytucji. Czyżby przypomniał sobie, że Kurtyka był kandydatem jego partii i nie kto inny jak on, Tusk, mówił w grudniu 2005 r. przy okazji tej nominacji: "Jeżeli chcemy, by IPN działał skutecznie, musimy być odporni na głosy suflerów, które pojawiają się w mediach i polityce".

Tak dobrze chyba jednak nie jest, zwłaszcza że majstrowanie przy IPN jednak się odbędzie. Ale Tusk i Grzegorz Schetyna odtrąbili sygnał do częściowego odwrotu. Może o decyzji przesądziła ostatnia wolta Wałęsy, który brylował na zjeździe partii Libertas? Tyle że przymiarki do złagodzenia kursu wobec IPN pojawiły się jeszcze przed jego "zdradą".

Może zdecydował zbieg okoliczności, który sprawił, że do gry wkroczył Aleksander Kwaśniewski, ostro atakujący Instytut i wywołujący równie brutalną replikę Kurtyki? Nie wiadomo, jakie dowody na jego agenturalną przeszłość planuje ujawnić IPN, ale wiadomo, że broniąc legendy "Solidarności" przed IPN, Tusk automatycznie wystąpiłby też w obronie postkomunistów. Tak ryzykownej figury lider PO sobie nie życzy - zwłaszcza przed wyborami.

A może wreszcie, jak chciałby Antoni Mężydło z Platformy, dyskusję nad losami IPN wyciszono, by nie przyćmiła obchodów wielkich rocznic: Czerwca ’89 i Września ’39? - Zmiany są konieczne, ale mam wątpliwości, czy to najlepszy moment. Podejrzewam, że wielu kombatantom byłoby trudno to zrozumieć - dodaje poseł PO, skądinąd jeden z obrońców Instytutu w szeregach tej partii.

Otorbianie prezesa

Wszystko możliwe, nawet i twierdzenie jednego z ważnych polityków PO, że obaj, Tusk i Schetyna, są wciąż rozdarci. Chcieliby podporządkować sobie Instytut, ale nie występować w roli pacyfikatorów instytucji dbającej o narodową pamięć. Produktem tego rozdarcia jest projekt ustawy, który ma zachować Instytut, ale też symbolicznie ubezwłasnowolnić Kurtykę. I uniemożliwić jego wybór na następną kadencję.

Wśród współpracowników Kurtyki panuje przekonanie, że za atakami na Instytut stoi grupa naukowców, którzy rozstali się z IPN, gdy on został prezesem. To przesada: politycy z reguły nie potrzebują takich zachęt. Prawdą jest jednak, że to artykuły prof. Andrzeja Friszke są inspiracją dla projektu przygotowanego pod skrzydłami ministra Rafała Grupińskiego w kancelarii premiera. Friszke był nawet bardziej radykalny, głosząc konieczność oddzielenia funkcji prokuratorskich i lustracyjnych od archiwalnych i badawczych. To przede wszystkim on jednak zarysował pomysł ograniczenia władzy prezesa na rzecz kolegium. Pytany porównuje IPN z NBP, gdzie prezes rozliczany jest przez Radę Polityki Pieniężnej: - Tam wszystkie decyzje podejmują fachowcy i dlatego praktyka wygląda zupełnie inaczej.

Istotą tej zmiany jest pozbycie się obecnego politycznego kolegium wybranego jeszcze przez poprzednią koalicję (gdzie, jak zauważa Friszke, zasiadają m.in. dziennikarz, socjolog i historyk wojskowości XIX w.) i wyłonienie nowego - spośród kandydatów typowanych przez środowiska akademickie, a być może i Krajową Radę Sądownictwa. Projekt opiniował inny historyk pracujący niegdyś w IPN - Paweł Machcewicz - dziś pod skrzydłami premiera organizujący muzeum II wojny światowej. "Oddanie tego naukowcom to droga do odpolitycznienia instytucji" - przekonuje.

Czy jednak konsekwencją nie będzie raczej dalsze upolitycznienie już dziś mocno spolaryzowanego ideowo świata nauki? Na dokładkę korporacja profesorów jest w większości niechętna lustracyjnym rozliczeniom, nawet tym dokonywanym w naukowych pracach. Tym bardziej dotyczy to sędziów. Nic dziwnego, że nawet niektórzy politycy PO, tacy jak Jarosław Gowin, mają wątpliwości wobec tego trybu wyłaniania kolegium i spróbują przekonywać Tuska, aby nie szedł tą drogą. PiS z kolei uzna oddanie Instytutu naukowcom za drogę do ostatecznego zamordowania lustracji. I trudno uznać ten głos za absurdalny.

"Na pewno nie wybierzemy do kolegium przeciwników lustracji" - obiecuje szef klubu Platformy Zbigniew Chlebowski. Nie wiemy jednak, na ile parlament zdominowany przez PO układającą się na dokładkę z PSL a może i lewicą, pójdzie za tą obietnicą. Nie jest też pewne, czy ustawa jest receptą na uwolnienie IPN od kurateli polityków, czy raczej batem na niezależność prezesa. Jeśli kolegium odmówi mu absolutorium, spór miałby trafić do Sejmu, a więc to aktualna większość rządowa decydowałaby ostatecznie o przyszłości szefa tak wrażliwej instytucji. Czy to nie zachęta, aby prezes wsłuchiwał się w głosy tej większości? Nie zacierają tego wrażenia takie sensowne propozycje, jak uproszczenie dostępu do akt czy możliwość dzielenia części pieniędzy na IPN w formie grantów dla badaczy z zewnątrz. Bo w jednej sprawie Friszke ma rację: wszelki monopol nie sprzyja nauce. Ale czy w takim razie ma rację we wszystkim?

Gra toczy się też o przyszłość Kurtyki. Obecne kolegium zapewne zgłosiłoby go na następną kadencję. Kolegium, które wyłoni się z reformy, nie zdąży już odmówić mu absolutorium, ale tym bardziej wskaże kogoś bliższego obecnej koalicji. Era Kurtyki dobiega więc końca.

Chłopak z Nowej Huty

Właściwie od początku było wiadomo, że ta prezesura nie będzie należała do łatwych. Paradoksalnie armia sojuszników i wrogów Kurtyki rekrutowała się z zupełnie innych niż dziś szeregów. Jego wybór w grudniu 2005 r. niektórzy uznali za skandal, głównie z powodu zamieszania wokół kontrkandydata Andrzeja Przewoźnika, na którego w krakowskim oddziale IPN (któremu Kurtyka szefował) znalazły się kłopotliwe materiały. Lech Kaczyński pytał w "Gazecie Wyborczej": "Co myśleć o facecie, który zaczyna od tego, że kabluje na konkurenta?"

Okazał się szefem twardym, wiedzącym, czego chce, decyzyjnym. Współpracownicy: "Zadziorny chłopak z Nowej Huty, z rodziny inteligenckiej w pierwszym pokoleniu, wychowany w twardych regułach rządzących na podwórkach robotniczych dzielnic".

W liceum zdecydował się poświęcić historii Polski średniowiecznej. "Moja ówczesna ocena była taka, że nie można na poważnie uprawiać historii najnowszej" - opowiadał w wywiadach. Jako student i działacz NSZ szybko stał się kronikarzem losów działaczy małopolskiej opozycji, potem pochłonęła go historia działaczy WiN. Jest wielbicielem tradycji zbrojnego państwa podziemnego, kombatanci wybrali go na prezesa WiN. To z tych fascynacji wynikają jego poglądy - przekonanie, że PRL była przez cały okres trwania państwem totalitarnym.

To nastawienie bywało kwestionowane nawet przez życzliwych mu historyków. Zarzucano mu, że zawęził kadry Instytutu do ludzi bliskich swojej wizji peerelowskiej przeszłości, podczas gdy za jego poprzednika, chwiejnego Leona Kieresa, stanowiły one przykład rozbuchanego pluralizmu. Zamknięty w sobie, nie umiał rozładować sporów dyplomatycznymi środkami. "Mógłby zaprosić profesora Friszke na kawę, ale tego nie potrafi" - ocenia życzliwy mu historyk.

Odpowiednikiem jego postawy stała się polityczna twardość PiS, które do kolejnego kolegium IPN nie dopuściło nikogo spoza swego obozu poza profesorem Andrzejem Paczkowskim uratowanym głosami kilku posłów historyków z partii Kaczyńskiego. Przepadli m.in. Friszke i Machcewicz. Kurtyka wiązał się coraz mocniej z PiS-owską koncepcją lustracji - nie tylko jako ujawnienia przeszłości, ale też oczyszczenia społeczeństwa. Kiedy Trybunał Konstytucyjny okaleczył swym wyrokiem nową ustawę lustracyjną, Kurtyka szykował się do błyskawicznego sporządzenia listy agentów na mocy uchylonych przepisów. Był gotów ją ogłosić, ryzykując polityczne samospalenie. Zrezygnował po nocnych naradach z prezydentem Kaczyńskim. Trudno nie dostrzec, że czasami pomagał poprzedniej ekipie, na przykład w kluczowym momencie wojny poprzedniej koalicji z Trybunałem dał posłowi PiS Andrzejowi Mularczykowi do wglądu akta jego sędziów.

Jednak przekonanie, że Kurtyka stał się PiS-owcem, że chce robić karierę w strukturach tej partii, wydaje się przesadne. Po prostu u Kaczyńskich znalazł zrozumienie dla swoich koncepcji i może zbyt chętnie zaczął się rewanżować. Po wyborach 2007 r. miał wszakże nadzieję na koegzystencję z nową ekipą. Chwalił się współpracownikom, że lubiący antykomunistyczne gesty dawny NZS-owiec Schetyna, z którym najczęściej się spotykał, jest mu życzliwy, a problemem jest tylko niechętny marszałek Komorowski. Mógł też być zmylony niekonsekwentnymi reakcjami polityków Platformy. O wiele łatwiej przełknęli demaskatorską książkę o Wałęsie wydaną pod szyldem Instytutu, za to nie mogli wybaczyć Zyzaka, za którego nie ponosił odpowiedzialności.

Zrzucanie baranów

Próbował prowadzić z nimi grę. Bo gdy jedni atakują Kurtykę za zbytni radykalizm, inni przypominają, że przy każdej kolejnej aferze związanej z Instytutem, głowy lecą właśnie w IPN.

Paweł Zyzak, autor najgłośniejszej biografii Wałęsy, właśnie wrócił do Bielska-Białej i lada dzień zarejestruje się w urzędzie pracy jako bezrobotny. Może znajdzie pracę jako historyk, może w drugim fachu (skończył też technikum elektroniczne). Przez ostatnie pół roku w krakowskim oddziale IPN skanował i kserował dokumenty, czasem podawał akta. Aż dowiedział się od dyrektora oddziału Marka Lasoty, skądinąd radnego wojewódzkiego PO, że jego umowa nie zostanie przedłużona.

Sam Zyzak broni IPN, usprawiedliwia nawet Lasotę, który nie przedłużył mu umowy: "Od początku byłem świadomy, że popracuję tam kilka miesięcy. Proszę wierzyć, że praca w Instytucie dla świeżo upieczonego absolwenta historii to naprawdę niezwykle ciekawe doświadczenie".

Jan Żaryn, szef Biura Edukacji Publicznej IPN, podał się do dymisji, bo wywołał wrzawę, kwestionując przyznanie statusu pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie. "Mam nadzieję, że z punktu widzenia przyszłości Instytutu, to dobra decyzja" - mówił na pożegnalnym spotkaniu z podwładnymi. Ale choć powiedział o kilka słów za dużo w niewłaściwym momencie, ile jest merytorycznego sensu w tej dymisji, skoro IPN od dwóch lat nie chce dopuścić Wałęsy do wglądu w jego akta, motywując tę odmowę niczym innym jak niejasną przeszłością byłego prezydenta, który w pierwszej połowie lat 70. traktowany był przez bezpiekę jako tajny współpracownik?

To niejedyny paradoks - odmowa wglądu do akt Wałęsy oparta jest między innymi na dowodach zebranych przez gdańskich historyków Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, na których Kurtyka często się powołuje publicznie. No, ale przecież Cenckiewicza w IPN już nie ma. We wrześniu ubiegłego roku, cztery miesiące po publikacji książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", Cenckiewicz - jak donosiła "Rzeczpospolita" na prośbę Kurtyki - podał się do dymisji. Ta dymisja miała być efektem nacisków polityków koalicji, który grozili obcięciem tegorocznego budżetu.

Po jego odejściu wielu odetchnęło z ulgą, ale też pojawiły się komentarze krytykujące oportunizm prezesa. "Ta dymisja kojarzy się z baranem wyrzuconym z sań w paszcze goniących je wilków" - pisali internauci.

Czy taktyka obcinania plastrów salami jest skuteczna? Trudno nie zauważyć się, że barany są co rusz rzucane na pożarcie, a mimo to apetyt wilków nie maleje. I tak, jak rację mają zapewne krytycy braków warsztatowych młodych historyków, sprawa ma również drugie oblicze. "Losy Pawła Zyzaka są zatrważające, bo takiej pasji wśród studentów trzeba dziś szukać ze świecą" - ocenia poseł PiS Zbigniew Girzyński, wykładowca historii na toruńskim uniwersytecie. "Dziś na uczelniach chowa się konformistów i leni, którym nie chce się jeździć do archiwów, przeprowadzać kwerend. Student bierze pięć książek i wyobraża sobie, że napisze szóstą. Zyzaków nie ma, a po takich awanturach nie będzie tym bardziej".

IPN jako saper

Justyna Skowronek, szefowa referatu edukacyjnego w gdańskim oddziale IPN, po 8 latach pracy odeszła sama. "Jeśli tak ma wyglądać badanie najnowszej historii, swoboda wypowiedzi i uczciwość zawodowa, to wolę realizować się gdzie indziej" - opowiada.

Wszystko przez incydent z września minionego roku. Skowronek przygotowała wystawę IPN z okazji 30. rocznicy powstania Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Wystawa trafiła do liceum plastycznego w Orłowie. Ekspozycję otwierał marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, absolwent tej szkoły.

Po kilku dniach Skowronek na kolejne spotkanie i zaprosiła małżeństwo Gwiazdów oraz Krzysztofa Wyszkowskiego. To polityczni przeciwnicy Borusewicza, ale też jedyni żyjący sygnatariusze deklaracji założycielskiej WZZ Wybrzeża. Według Skowronka w trakcie spotkania ktoś z sali spytał o przyczyny konfliktu z Borusewiczem. Gwiazda miał odpowiedzieć, że strony szukały różnych form działania. "Żadnych ataków, pełna kultura. Wszystko zostało zarejestrowane na taśmach, szkoda że nikt nie chciał do nich sięgnąć" - wspomina organizatorka wystawy.

Awantura wybuchła, gdy "Gazeta Wyborcza" poinformowała o spotkaniu z Gwiazdami i Wyszkowskim. Asystentka Borusewicza zadzwoniła do pracowników IPN, "by wyrazić dezaprobatę dla ich pokrętnych działań", jak opisała to w liście do swego szefa. Jej zdaniem takie ułożenie kalendarza spotkań to "manipulacja i wmanewrowania marszałka w sytuację, kiedy nie ma on już szans odpowiedzi na niewybredne ataki ze strony wykładowców IPN".

I znowu - nadwrażliwość Borusewicza można zrozumieć. Nie jest rzeczą dobrą, gdy rocznicowe spotkania zmieniają się w sabat czarownic na oczach młodych ludzi. Czy jednak tak było w tym przypadku? I czy Instytut nie odgrywał po raz kolejny roli sapera, który płaci za nie swoje winy. Bo przecież to nie on wymyślił wojnę między dawnymi opozycjonistami. I nie on powinien arbitralnie decydować, komu wolno odbywać poświęcone historii spotkania, a komu nie.

Tak, tak. Nie, nie

Możliwe, że Kurtyka mający opinię twardego gracza zbyt łatwo rezygnuje z obrony współpracowników. Nie wszyscy tak jednak uważają. "Żaryn słynie z braku dyplomacji w wypowiedziach, a Cenckiewicz chciał być męczennikiem. Prezes wręcz siłą zatrzymuje w Instytucie osoby kontrowersyjne, chcąc pokazać, że opiera się naciskom" - tłumaczy pracownik IPN, jeden z tych krytykowanych w mediach.

A może ów gordyjski węzeł interesów i emocji związanych z najnowszą historią łatwiej rozplątałby ktoś, kto, powtórzmy, nie traktuje IPN jako okopów Świętej Trójcy? Nie człowiek zbyt przywiązany do tradycji WiN-owskiego męczeństwa, aby prowadzić grę, zawierać kompromisy. Choć platformersi, a jeszcze mocniej dziennikarze "Wyborczej", wciąż zarzucają mu polityczną grę, znaczący poseł Platformy zajmujący się tą tematyką mówi w przypływie szczerości: "On jest za mało politykiem. W obliczu obchodów dwudziestolecia polskiej demokracji przydałby się tam ktoś o bardziej politycznych instynktach".

Możliwe, że przydałby się ktoś, kto nie napisałby przedmowy do kontrowersyjnej książki o Wałęsie i uzyskałby dla IPN większe sumy z budżetu. A jednak ta niepolityczność budzi też respekt. Bo ta instytucja nie jest zwykłym archiwum, ona powinna choć czasem mówić: Tak, tak. Nie, nie.

Oto już po kilku tygodniach prezesury Kurtyki media ujawniły, że Wojciech Jaruzelski był agentem Informacji Wojskowej, ściśle powiązanej z sowieckim NKWD. Nowy prezes nie wymigiwał się od odpowiedzi. Potwierdził wprost: "Tak. Dokumenty są jednoznaczne". I dobrze, że potwierdził. Jego poprzednik prawdopodobnie kluczyłby i stosował uniki.

Czy Kurtyka jest dziś całkiem bezpieczny? Raczej tak, chociaż... Zazdrosny mąż dziennikarki "Gazety Polskiej" Katarzyny Hejke oskarżył go o romans, a przy okazji o manipulowanie tajnymi materiałami. Polityk Platformy tłumaczy nam: "Przy obecnym kolegium nic mu nie grozi. Ale gdyby jego skład był inny, kto wie, może pojawiłoby się na jego forum pytanie, czy prezes jest <nieskazitelny>, jak tego wymaga ustawa".

Gorący kartofel

Załóżmy jednak, że przetrwa do końca przyszłego roku - tłumacząc się z publikacji w sprawie Marca ’68 i ze śledztwa w sprawie teczki "Bolka". Oczywiste, że finałem będzie uzyskanie decydującego wpływu na IPN przez PO. Padają już nazwiska następców, np. Machcewicza, który zaprzecza. Możliwe zresztą, że nowa konstrukcja kolegium wyniesie na tę funkcję kogoś z drugiego planu, ze środowisk akademickich. Tym bardziej ostrożnego im mniej obeznanego z tą tematyką.

Michał Karnowski napisał niedawno, że obok wszystkich aktualnych różnic między PO i PiS, nad polską sceną polityczną wciąż ciąży podział z lat 90. - na Polskę wybaczania win i ukrywania faktów oraz Polskę rozliczającą dawne zaszłości. Platforma wobec tego sporu próbowała siedzieć okrakiem na barykadzie. Wybierając tradycję solidarnościową, ale mocno wygładzoną, tak żeby zapewnić sobie jak najmniej kłopotów. Teraz siedzieć okrakiem będzie jej coraz trudniej. Temat IPN ostentacyjnie traktowany ostatnio przez większość liderów PO jako dziesięciorzędna sprawa stanie się dla nich już wkrótce gorącym kartoflem.