Dziennik Gazeta Prawana logo

Napieralski: Skoro Tusk mógł, to my też

4 lipca 2009, 21:33
Ten tekst przeczytasz w 12 minut
Napieralski: Skoro Tusk mógł, to my też
Inne
Platformie Obywatelskiej, która powstała w 2000 roku na gruzach AWS, dojście do władzy zajęło siedem lat. Jestem przekonany, że i do odbudowy lewicy potrzebny jest czas. Nie dramatyzowałbym i nie przesadzał, mówiąc o rozkładzie SLD - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Grzegorz Napieralski.


Było krótko. Najpierw proceduralne przedstawienie się sobie, dopiero potem przejście do gabinetu. I co można w 45 minut zrobić?


Miałem potem konferencję prasową. Gdybym wypił butelkę, to nie ustałbym na nogach!


Lech Kaczyński przypomniał, że on przestrzegał, że tak się skończą negocjacje z Platformą. Zaproponowałem prezydentowi, by ustawę jednak podpisał, a my następnego dnia wnosimy projekt o finansowaniu mediów z PIT i nawet jeśli PO będzie przeciw, to razem z PSL i PiS przegłosowujemy ją.


A co ma teraz? Nic. Miałby dwóch na siedmiu członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.


Nie wiadomo, jak się rozłożą pozostałe głosy.


A może będzie 2-1-1-1, czyli z jednym przedstawicielem PiS?


Ja tylko mówię, że tak może być.


Wie pan, ja nie wierzę w prezydenckie weto. Ono jest dla Lecha Kaczyńskiego bardzo ryzykowne, bo nie wie, jak my postąpimy. Poza tym dziś PiS i tak nie ma władzy w mediach publicznych, więc prezydent nie ma czego bronić.


Pokazał, że jest politykiem niewiarygodnym, że może złamać każdą umowę ze względu na swoje widzimisię. Jest osobą nieodpowiedzialną.


I źle się z tym teraz czuję.


Bo zachował się skrajnie arogancko.


Ta pierwsza trafiła do Sejmu i dawała pełną władzę szefowi UKIE mianowanemu przez Platformę Obywatelską. Takie powierzenie władzy nad całym rynkiem medialnym, nie tylko nad mediami publicznymi, jednej osobie było szalenie groźne. I zaczęliśmy w komisji wprowadzać swoje zmiany…


Nie było żadnego wcześniej.


Nikt nie przyszedł do Olejniczaka czy do mnie i nie powiedział: mamy ustawę medialną, będzie o tym, o tym i o tym. Po prostu pewnego dnia pojawił się w Sejmie rządowy projekt. Bez żadnych konsultacji z nami.


Też się wtedy dziwiłem, bo przecież ta ustawa miała być rewolucyjna, a tak naprawdę chodziło o kadróweczkę.


No tak, o kadróweczkę, o to, by trzymać wszystko ciężką ręką. Tu po raz pierwszy dała o sobie znać buta Platformy, bo kiedy my głośno i wprost zapowiadaliśmy, że są poprawki, na które nigdy się nie zgodzimy i których nie poprzemy, to oni nie reagowali i szli dalej. Platforma liczyła, że się w końcu ugniemy i wesprzemy ich projekt.


A okazało się, że jesteśmy konsekwentni w swoich zapisach programowych.


Próbowano rozbić Sojusz. Przekonywano posłów SLD, że i tak już pół klubu głosuje z PO, że będzie podział i że znajdą się po niewłaściwej stronie.


I my zaproponowaliśmy od razu pracę nad nową, na przykład nad naszą. To było rok temu, w lipcu, tymczasem projekt PO trafił do Sejmu w grudniu! I wtedy do mnie zgłosił się szef klubu PO Zbigniew Chlebowski z propozycją wspólnych prac.


Tak.


Wtedy, kiedy przyszedł poseł Chlebowski, w ogóle nie mówiliśmy o kadróweczce. Wyznaczyłem osobę do pracy, czyli Jerzego Wenderlicha, który współpracował w komisji ze Stanisławem Wziątkiem, i osobę od negocjacji, czyli wicemarszałka Szmajdzińskiego, który prowadził te codzienne rozmowy polityczne.


Proszę nie obrażać tych ludzi i nie mówić o oddziale telewizji białoruskiej…


Nikogo nie zatrudnialiśmy. Witolda Grabosia, byłego członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i szefa UKIE, skierowaliśmy jako naszego eksperta do prac w komisji, a o zdanie pytaliśmy bardzo wielu byłych członków krajowej rady, władz telewizji i radia, różne środowiska…


Nie, ale pytaliśmy Krzysztofa Zanussiego.


W ogóle pytaliśmy ludzi, którzy myślą o mediach jak my, z taką troską i wrażliwością (śmiech).


I media publiczne za naszych rządów były najlepsze.


Mogę królowej przesłać numer do Roberta Kwiatkowskiego, bo mam. To w końcu dobry menedżer. Zawsze warto spytać go o radę, co zrobić.


To pan tak uważa. Ja go cenię za wieloletni dorobek na stanowisku prezesa TVP.


Pan znów…


Były trudne w kilku sprawach, na przykład w sprawie licencji programowej. Baliśmy się, że media publiczne będą w pogoni za widzem odchodzić od misji. Licencja programowa nie tylko dawała pieniądze, ale pozwalała też raz na dwa lata kontrolować sposób realizacji misji przez władze spółek. Trudno było do tego przekonać PO, ale udało się. Drugi problem dotyczył finansowania mediów. Platforma nie chciała zgodzić się na abonament, a my nie chcieliśmy zostawić finansowania większości sejmowej, bo zaraz zaczęłyby się naciski polityczne. Więc zaproponowaliśmy, by finansować to z PiT.


Platforma się za nic w świecie nie chciała zgodzić. Mówili, że to sprzeczne z ich filozofią państwa i budżetu i się nie zgodzą. W zasadzie już na końcu negocjacji przyjęliśmy model ostateczny, że to krajowa rada przesyła projekt budżetu mediów publicznych Sejmowi z tą bezpieczną kwotą minimum z 2007 roku. I wydawało się, że wszystko jest już dogadane.


Nie uwierzy pan, ale nikt o kadróweczce nie rozmawiał.


Rozmawialiśmy o sposobie wyłaniania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Na siedmiu członków dwóch mianowałby prezydent, a pięciu parlament. Zgodziliśmy się, że nie powinni to być posłowie.


W końcu partie ich nominują…


Nie rozmawialiśmy o tym.


Naprawdę. Na tym poziomie rozmowa dotyczyła tylko jakości Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a nie parytetów.


To naprawdę nie tak, proszę się nie obawiać, jestem politykiem pełną gębą i dbam o dobro wspólne.


Dbam o interes Polski.


Proszę bardzo…


Musi się pan jednak najpierw zapisać do partii.


Naszą intencją było odsunięcie całej telewizji i mediów publicznych od polityki. Miały być obiektywne.


Po prostu ni z tego, ni z owego dochodzą nas wieści z Senatu, że senatorowie PO przegłosowali poprawki burzące wszystkie najważniejsze ustalenia dotyczące ustawy. Poprosiliśmy o spotkanie ze Zbigniewem Chlebowskim i spytaliśmy, co się stało. Usłyszeliśmy szereg argumentów, które zbiliśmy. Ostatecznie nasi rozmówcy, oprócz Zbyszka Chlebowskiego posłanka Śledzińska-Katarasińska i szef klubu PSL Żelichowski, obiecali, że Sejm odrzuci te poprawki.


Przed głosowaniem na spotkanie ze swoimi posłami przyjechali premier i wicepremier Schetyna. Potem poprosili o spotkanie nas.


Premier prosił o zrozumienie jego decyzji. My na to, że trudno nam to pojąć, bo to jednak kilka miesięcy ciężkiej pracy. Na co Donald Tusk mówi, że mamy kryzys. No to pytamy, czy miesiąc wcześniej, kiedy klub PO głosował w Sejmie jak my, to kryzysu nie było? Premier mówił, że on przeprasza, ale nie wiedział. No to my z grubej rury, że niszczy dziś cały ład medialny. "Przykro mi, ja podjąłem decyzję, sorry. Mam nadzieję, że będziemy dalej współpracowali".


Panie redaktorze, oszukać można raz, ale za chwilę przyjdzie kilka ustaw bardzo dla tego rządu ważnych. Platforma będzie musiała szukać w Sejmie poparcia.


Ja naprawdę bardzo poważnie przestrzegam przed obwoływaniem Donalda Tuska prezydentem na półtora roku przed wyborami! A z ustawami premier nie będzie mógł czekać. Trzeba znowelizować budżet, słyszymy o podnoszeniu podatków.


Ale mogą być zupełnie inne rozwiązania, na przykład podwyżka VAT.


Teraz wszystko w rękach sądu partyjnego. Moja rola się tu skończyła, choć jestem za tym, by go ukarać.


Bo skłamał, mówiąc o jakiś pożyczkach dla Joanny Senyszyn.


Nasz pełnomocnik w Małopolsce twierdzi, że tyle pieniędzy wydaliśmy w całym regionie na wszystkich kandydatów!


Przecież to Andrzej Szejna był pierwszy na liście! Ja mu to miejsce dałem, a Joanna Senyszyn od początku sobie obmyśliła, że chce kandydować z Krakowa, bo ma tam swoje fankluby i chce konkurować z Ziobrą. Jako władze partii przyjęliśmy zasadę premiowania ludzi od miejsc drugiego w dół, czyli z miejsc, z których de facto mieli szanse wejść do Parlamentu Europejskiego. Żeby ich zmotywować do pracy przed wyborami samorządowymi, trzeba było ich wesprzeć.


Każdy taki kandydat dostawał ileś tam materiałów promocyjnych i po 10 tysięcy złotych. A ja jak byłem w Krakowie, to na obu konferencjach prasowych wystąpiłem także razem z Andrzejem Szejną! Gdybym chciał go utrącić, dostałby dalsze miejsce, i tyle.


A dlaczego nie? Szefowie rady wojewódzkiej sojuszu dostawali czwarte miejsca.


Koledzy bardzo źle przyjęli to, że ktoś wewnątrzpartyjną krytykę, skądinąd Sojuszowi bardzo potrzebną, uprawia w radiu, w gazetach, a nie na posiedzeniach rady krajowej.


Po zwycięstwie w wyborach na szefa klubu Lewicy gratulowali mi wszyscy szefowie klubów w Sejmie. A za co mieliby mi dziękować?


W jaki sposób dekomunizujemy?


My?


To niech pan spojrzy na prawicę, która w ostatniej dekadzie przepoczwarzała się kilkakrotnie. Platformie Obywatelskiej, która powstała w 2000 roku na gruzach AWS, dojście do władzy zajęło siedem lat. Jestem przekonany, że i do odbudowy lewicy potrzebny jest czas. Nie dramatyzowałbym i nie przesadzał, mówiąc o rozkładzie SLD.


Platforma oszukała postępowy, liberalny elektorat, przekonując go, że to ona będzie rządziła zupełnie inaczej niż PiS. I okazało się, że w ważnych dla lewicy sprawach Platforma nie zrobiła nic.


Nie pozostali - proszę zobaczyć jak niska była frekwencja. Ci wyborcy rozczarowali się do Platformy i pozostali w domu.


Zgoda, że nie możemy tylko krytykować. Owszem, jak każda partia opozycyjna musimy wytykać błędy rządzącym, ale też pokazać, czym SLD różni się od dwóch partii prawicowych - PiS i Platformy. I mamy na to rok, który nam został do wyborów prezydenckich.


A Donald Tusk jest silną osobowością? Gdyby ktoś spytał jeszcze w 2006 roku, czy Tusk ma charyzmę, to każdy odpowiedziałby, że nie. Pytanie, co jest siłą Donalda Tuska: czy jego charakter, umiejętność gry politycznej, czy też jego doradcy i zespół ludzi, z którymi uprawia politykę. Spójrzmy na jego karierę, jego wystąpienia - nikt na ich podstawie nie powiedziałby, że ten człowiek będzie premierem, kandydatem na prezydenta.


Zadziałał mechanizm, że jeżeli jest dobry pomysł, dobry zespół ludzi i kandydat, który da się poprowadzić, to mamy sukces w zasięgu ręki. I naprawdę nawet z tych kandydatów SLD, o których pan mógł słyszeć, można wykreować świetnego kandydata na prezydenta.


To nie marketing polityczny, tylko polityka, czyli działanie grupowe, wspólne.


Jolanta Szymanek-Deresz byłaby świetnym kandydatem.


Sztab Donalda Tuska już raz podskakiwał, bo ich kandydat miał zmiażdżyć Lecha Kaczyńskiego. Apeluję, by nie przesądzać, że Donald Tusk ma zwycięstwo w kieszeni. Przed nim rok rządzenia, a nie kampanii, i zobaczymy, jak sobie poradzi w kryzysie. Może się okazać, że to jednak słaby polityk i że to komentarze sprzed lat były prawdziwe.


W 1995 roku też mówiono, że albo Lech Wałęsa, albo ktoś inny z prawicy, a wygrał Aleksander Kwaśniewski, któremu nikt nie dawał szans. Więc wszystko możliwe.

*Grzegorz Napieralski, szef SLD i klubu parlamentarnego Lewicy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj