Mocnym akcentem premier Donald Tusk zaczął ten weekend: – Wszystkie dane wskazują na to, że polska gospodarka jest w stanie lepszym niż gospodarki sąsiednich krajów. To pozwala powiedzieć, że w roku 2010 nie będzie wyższych podatków – rzucił na odchodnym po dłuższej przemowie w piątkowe popołudnie szef rządu.

Reklama

Słuchacze pozostali w zdumieniu. Szczególnie dziennikarze, którzy byli na konferencji prasowej i mogliby zadać pytanie o szczegóły tej ważnej deklaracji, jej rozwinięcie. Premier nie dał im szansy, tak więc najbliższe dni możemy poświęcić na rozważania, co Tusk chciał nam powiedzieć.

Wiemy, co wydarzy się w przyszłym roku, więc możemy strawestować słowa premiera: – Wszystkie dane wskazują, że wtedy będą wybory prezydenckie (z udziałem dwóch niebezpiecznych typów – Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Olechowskiego), to pozwala nam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że w 2010 nie będzie wyższych podatków.

Wypowiedź Tuska można przetłumaczyć z oficjalnego na polski także tak: – Wszystkie dane wskazują, że nowe podatki zawetuje Lech Kaczyński, podtrzyma to cała opozycja, zbuntuje się koalicjant, a także tylne szeregi własnej partii, i to pozwala nam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że w 2010 nie będzie wyższych podatków.

Albo jeszcze tak: – Obniżka PIT-u w tym roku podtrzymała koniunkturę, a podwyższenie stawek z pewnością ją zdusi, więc... Tak jak poprzednio, ze stuprocentową pewnością podwyżki nie będzie.

Premier jako niezwykle doświadczony polityk wiedział od zawsze o tych okolicznościach. Był chyba jednak moment, kiedy mógł rozważać wariant łatania budżetu przez zwiększenie obciążeń podatkowych. Może były to tylko hipotetyczne rozważania, ale wyszły na zewnątrz.

Kluczowym zdaje się moment sprzed dwóch tygodni, gdy po wizycie u Lecha Kaczyńskiego wyraźnie zakomunikował, że podwyżki można uniknąć, gdy tylko prezydent zacznie bez zastrzeżeń wspierać rządowe działania antykryzysowe. Politycy PiS od razu podnieśli larum, że to wrabianie prezydenta w odpowiedzialność za podwyżkę podatków. Teraz, świeżo komentując zwrot premiera, twierdzą, że to reakcja na niepowodzenie w owym wrabianiu Kaczyńskiego. To, że mówią to oponenci Tuska, na dodatek z PiS, nie znaczy ex definitione, że nie mają racji.

Znane są sondaże, jak Polacy zareagowaliby na podwyżkę podatków. Wynikało z nich, że Tusk i jego rząd nie uniknęliby poważnych strat. Na dodatek „Gazeta Wyborcza” opublikowała sondaż, z którego wynika, że Tusk nie jest postrzegany jako przywódca na czas kryzysu. Z kolei sondaż we wczorajszym „Dzienniku” pokazuje wyraźną stratę PO i duży zysk PiS.

To poważne znaki ostrzegawcze. Stąd całkowity odwrót Tuska. Jego zwolennicy będą mogli go wychwalać – mógł nam zabrać, a tylko postraszył. Ludzki pan. A nam wszystkim dzięki sondażom i kalendarzowi wyborczemu fiskus będzie nieco mniej grzebał w kieszeniach. Jednak też nie szalejmy ze szczęścia – premier mówił o podatkach. Nic jednak nie powiedział o akcyzie i składkach. Różnie więc może jeszcze być.