Ja jako kobieta jestem przeciwniczką ustawowych zapisów tego typu. Jestem zwolenniczką uregulowań tylko wewnątrz poszczególnych ugrupowań. Uważam, że jest to wewnętrzna sprawa partii politycznych, a nie Sejmu.
Nie byłam na Kongresie Kobiet Polskich i nie wiem, w jakim zakresie była tam mowa o parytetach. Jeśli była mowa o parytetach na listach wyborczych, to i tak tu zadecydują wyborcy. Oni sobie wybiorą niezależnie od tego, kto w jakich proporcjach zostanie umieszczony na liście. A Platformie chodzi o to, żeby kobiety były na listach i to szczególnie na widocznych miejscach.
Społeczeństwo polskie składa się w ponad 50 proc. z kobiet. Jednak lata wychowania i stereotypów, jakie obowiązywały w naszym społeczeństwie, sprawiły, że kobiety są mniej aktywne w polityce. Panuje pogląd, że skoro jest ponad 50 proc. kobiet, to zgodnie z tym w systemie demokratycznym ta grupa powinna mieć swoją reprezentację. Zwolennicy parytetu uznali, że trzeba w jakiś szczególny sposób dać kobietom szansę. Ja uważam, że trzeba dać kobietom szanse, ale nie ustawowo.
U nas Do ostatnich wyborów dwa razy z rzędu rada krajowa podejmowała uchwałę mojego autorstwa, że w pierwszej trójce musi być co najmniej jedna kobieta. To zostało przyjęte z mniejszym czy większym zadowoleniem. Z reguły struktury wywiązały się z tego poza dwoma regionami. Zresztą nie tak dawno rozmawialiśmy o kolejnej wewnętrznej regulacji poprawiającej sytuację pań na listach, ale zastrzegam: nic na siłę! Zakładając, że obie płcie tak samo aktywne mają takie same talenty. Chodzi tylko o to, żeby o tym pamiętać i żeby na liście były kobiety.
W czasie spotkania z klubem parlamentarnym Platformy Obywatelskiej premier Donald Tusk stwierdził – zgodnie ze swoimi przekonaniami, które znam od lat – że on osobiście jest zwolennikiem parytetu. Ale w PO zwolennikami parytetu są właśnie premier, minister Sławomir Nowak i Janusz Palikot. To może jednak trochę za mało jak na całą partię. Bo większość, w tym posłanki, nie widzi potrzeby ustawowego wprowadzania takiego rozwiązania. Kobiety w Platformie są aktywne. Sama rozmawiałam z premierem o aktywniejszej metodzie wypromowania kobiet na listach przez stosowne uchwały wewnętrzne. W tym sensie myślę, że premier Tusk ma rację. Natomiast nasz klub parlamentarny ustaw nie chce. Nie chcemy ich, bo to jest złe rozwiązanie. Dopiero się zacznie, gdy taka ustawa wejdzie w życie! Dlatego jestem jej przeciwnikiem, bo kobiety mogą wtedy przegrać. Po pierwsze albo będzie tak, że po wprowadzeniu parytetu znajdzie się określona liczba kobiet i im wszystkim przypadną ostatnie miejsca. Lub po drugie zaczną się poszukiwania na siłę kandydatek na listy. A przecież nie o to chodzi. Powinno nam zależeć na tym, by wśród kompetentnych i aktywnych, cieszących się autorytetem i szacunkiem kandydatów były zarówno kobiety, jak i mężczyźni. To powinna być podstawowa zasada. Typowanie kandydatów tylko ze względu na płeć jest zasadą, na którą nie mogę się zgodzić.
Nie zgadzam się z tym, aby typować kobiety na miejsca czy stanowiska tylko ze względu na płeć. Takiej zasady nie przyjmuję.