Gdy we Francji i Holandii debata nad tym dokumentem rozgorzała na dobre, oba narody w końcu odrzuciły w referendach traktat. DZIENNIK postanowił jednak oddzielić prawdę od mitu. Zbadać, co Polska straci, a co zyska pod rządami traktatu.

• Czy prezydent Europy będzie mógł wydawać polecenia prezydentowi i premierowi Polski?

Nie. Traktat co prawda po raz pierwszy ustanawia nową funkcję przewodniczącego Rady UE, jednak „prezydent Europy” nie będzie miał wiele wspólnego z prezydentem amerykańskim. Jego kompetencje są ograniczone. Mówimy raczej o „mistrzu ceremoniału”, którego zadaniem będzie przede wszystkim organizowanie unijnych szczytów. Prezydent wybierany maksymalnie na dwie 2,5-letnie kadencje zaproponuje ich temat i przebieg, czasem nawet możliwe kompromisy. Ale tak jak dotychczas bez zgody polskiego premiera żadna decyzja na szczycie Unii nie będzie mogła być podjęta.

• Czy szef polskiej dyplomacji będzie musiał się podporządkowywać decyzjom unijnego ministra spraw zagranicznych?

Przedstawiciel ds. zagranicznych Unii, bo tak oficjalnie ma się nazywać powołany traktatem szef unijnej dyplomacji, rzeczywiście będzie miał warunki działania, których Radosław Sikorski może mu tylko pozazdrościć. Do dyspozycji otrzyma budżet przeszło 5 mld euro rocznie. Pod jego nadzorem będzie pracował nowy europejski korpus dyplomatyczny z placówkami nawet w najdalszych zakątkach świata. Gdy szef unijnej dyplomacji przemówi na forum międzynarodowym, słuchać go będą wszyscy, bo wyrazi stanowisko największej potęgi gospodarczej świata i wspólnoty zamieszkałej przez blisko pół miliarda ludzi. Ale uwaga, będzie on mógł cokolwiek powiedzieć i cokolwiek przedsięwziąć tylko wtedy, jeśli państwa UE wyrażą na to zgodę. W polityce zagranicznej nadal będzie obowiązywać bowiem zasada jednomyślności. Jeśli np. polskie MSZ będzie przeciwne uznaniu przez Unię niezależności Naddniestrza, to szef unijnej dyplomacji nie będzie mógł niczego nakazać Sikorskiemu.

• Czy jeśli większość w Sejmie zdobyłyby antyeuropejskie partie, mogłyby wypisać Polskę z Unii?

Traktat rzeczywiście wprowadza po raz pierwszy możliwości wystąpienia krajów członkowskich ze Wspólnoty. Precyzyjnie określa, jak mają się rozliczyć z otrzymanych funduszy, wycofać banknoty euro czy przywrócić kontrole na granicach. To zupełna nowość. Do tej pory przyjmowano zasadę, że do Unii przystępuje się na zawsze. Jednak uwaga! Traktat zaostrza równocześnie zasady przyjmowania nowych państw do Wspólnoty. Jeśli więc Polska zdecyduje się na wystąpienia z Unii, to właśnie ta decyzja może być „na zawsze”.

• Czy Polska straci wpływ na pracę Komisji Europejskiej, czyli unijny rząd?

I tak, i nie. Dziś każdy kraj Unii ma w Komisji swojego przedstawiciela. Ale za 6 lat już tak nie będzie. Od tej pory liczba komisarzy zostanie zredukowana z 27 do 18, by mogli sprawniej podejmować decyzje. A to oznacza, że w każdej kadencji 9 państw nie będzie miało w Komisji swojego człowieka. Zdarzy się, że spotka to także Polskę.

Dziś dzięki polskiej komisarz Danucie Huebner nasz rząd nie tylko może teoretycznie dowiedzieć się, jakie projekty unijnych dyrektyw szykuje Komisja, ale także, co zamierza zdecydować w tych sprawach, gdzie jej kompetencje sięgają najdalej (np. rolnictwo czy wydatkowanie funduszy strukturalnych). Może także poprzez swojego człowieka wpłynąć na decyzje Komisji. To jednak teoria. W praktyce w sprawach polskich Danuta Huebner interweniuje niezwykle rzadko, i to nie tylko dlatego, że pochodzi z zupełnie innego rozdania politycznego, niż jest dziś w Warszawie. Tak jak inni komisarze stara się przede wszystkim bronić „europejskiego punktu widzenia”. Gdyby każdy członek Komisji myślał tylko w kategoriach narodowych, unijny rząd po prostu przestałby funkcjonować.

• Czy Niemcy i inne, największe kraje Unii będą mogły narzucić Polsce swoją wolę dzięki nowemu systemowi głosowania?

I tak, i nie. System głosowania w Radzie UE rozstrzyga o tym, kto de facto ma władzę we Wspólnocie, bo już tylko w wyjątkowych wypadkach decyzje są tu podejmowane jednomyślnie. A nowe zasady głosowania są dla naszego kraju mniej korzystne niż dotychczasowe. O ile zgodnie z traktatem nicejskim nasz kraj miał niemal tyle samo głosów co Niemcy (27 do 29), to zgodnie z nowymi zasadami decyzje będą wchodziły w życie, gdy poprze je 55 proc. państw członkowskich zamieszkałych przez 65 proc. ludności Unii. Polska ma zaś przeszło dwa razy mniej ludności niż Niemcy. A więc będzie miała i dwa razy mniejsze wpływy w Unii. Można więc wyobrazić sobie sytuację, w której „dyrektoriat” największych państw UE narzuca pozostałym swoją wolę. To jednak tylko teoria. W Europie, do której należy aż 27 państw, nawet najwięksi nie mogą już narzucić nikomu swojej woli. Ważniejsza od wielkości kraju staje się zdolność do zawierania sojuszu z innymi i takiego negocjowania, aby przekonać inne państwa do swoich racji. Od tego, czy Polska będzie potrafiła zdobyć popleczników choćby wśród państw Europy Środkowej, będzie zależała realna władza naszego kraju w Unii.

• Czy w Polsce nie będzie obowiązywała Karta Praw Podstawowych?

Teoretycznie Polska razem z Wielką Brytanią zastrzegła sobie prawo do niestosowania zapisów Karty. W praktyce będzie jednak inaczej. Karta będzie obowiązywać w Polsce w takim samym stopniu jak w innych krajach UE. Mimo patetycznych zapisów i szczytnych ideałów Karta nie zwiększa uprawnień Unii. A zapisane w niej reguły muszą stosować tylko unijne instytucje. W większości przypadków Bruksela nie ma zresztą żadnych uprawnień do wprowadzania w życie zapisów Karty. Przykładem jest zapisane w artykule prawo każdego do życia. Jedni mogą je zrozumieć jako zakaz przeprowadzania aborcji, inni eutanazji. Jednak to nie Bruksela, ale rząd polski określi właściwą interpretację. W tak samo rozbieżny sposób można rozumieć prawo do wolności i bezpieczeństwa osobistego, wolności do prowadzenia badań naukowych bez ograniczeń czy wysokiego poziomu ochrony konsumentów. Zapis o zakazie dyskryminacji na tle orientacji seksualnej może być rozumiany jako zachęta do legalizacji małżeństw homoseksualnych. Ale znów: to polski rząd, nie Bruksela, o tym rozstrzygnie.

• Czy polskie sądy będą musiały podporządkować się Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości?

Traktat rzeczywiście przyznaje nowe, znaczące kompetencje luksemburskim sędziom. Będą odtąd mogli orzekać w wielu dodatkowych obszarach europejskiego prawa, jak sprawy migracji, zasad udzielania azylu, międzynarodowej współpracy sądów. W tych wszystkich dziedzinach wyroki ETS będą musiały stosować polskie sądy. Staną się one wręcz ważnym źródłem europejskiego prawa. Taki system obowiązywał już jednak od początków istnienia integracji europejskiej, czyli od ponad 50 lat. Od kiedy Polska należy do Unii, to polskie prawo musi być zgodne z europejskim, a nie odwrotnie. Teraz zwiększy się jedynie zakres stosowania takiej zasady.

• Czy Parlament Europejski zepchnie na drugi plan polski Sejm?

Eurodeputowani rzeczywiście zyskują na znaczeniu. Jedyna unijna instytucja, która jest bezpośrednio wybierana przez obywateli, będzie odtąd na równych zasadach uczestniczyła w opracowaniu europejskiego prawa. Bez zgody zgromadzenia w Strasburgu reprezentowane w Radzie UE rządy „27” nie będą mogły uchwalić unijnego budżetu czy wprowadzić nowych regulacji. Jednak Sejm też zyskuje na znaczeniu. Może wspólnie z kilkoma innymi parlamentami wystąpić do Brukseli z wnioskiem o wycofanie projektów unijnych dyrektyw, jeśli uzna, że wykraczają one poza kompetencje Unii.

• Czy w razie wstrzymania dostaw gazu dla Polski inne państwa Unii przyjdą nam z pomocą?

Tak przewiduje zapis o „solidarności energetycznej” zawarty w traktacie. Zależało na tym w szczególności Polsce, która chce odsunąć groźbę szantażowania „bronią gazową” przez Rosję. Teoretycznie więc na wypadek, gdyby Kreml zakręcił nam gazowy kurek, Niemcy, Czechy czy Słowacja powinny natychmiast uruchomić dla nas dostawy. To, czy tak się stanie, nie jest pewne, bo do tej pory nigdy w Unii taka sytuacja się nie zdarzyła. A traktatowy zapis pozostaje dość ogólny i nie określa konkretnych procedur działania na wypadek energetycznego kryzysu.