Dwa miesiące szczegółowych przygotowań, tysiące ustaleń i negocjacji, podwyższone ryzyko bezpieczeństwa, pościg z czasem, czyhające w związku z tym pułapki dyplomatyczne, ograniczony do minimum program - tak wyglądają konsekwencje decyzji Donalda Tuska o tym, by będąc przywódcą jednego z największych państwa w Europie, zasiąść jako jeden ze zwykłych 242 pasażerów boeinga 767. Ale ten rejs zwykły nie będzie. Na czas lotu LOO6 M rejsowy samolot zamieni się w swoisty czarter pod specjalnym nadzorem.

Tusk ma wylecieć o 12.40. Inni pasażerowie nie zobaczą go stojącego w kolejce do odprawy. Tusk wraz z towarzyszącą mu delegacją uda się na Okęciu wprost do saloniku VIP. Na pokład samolotu Tusk wejdzie ze swoim otoczeniem jako ostatni, specjalnym wejściem z rękawa.

"Centrum koordynacji lotów mieści się w Brukseli, tam należy zgłosić, że rejsowy LOT ma na pokładzie premiera, wtedy pasażerski boeing staje się uprzywilejowany" - opowiada nam oficer Biura Ochrony Rządu. Zgodnie z procedurami można się spodziewać dodatkowej kontroli pirotechnicznej i speców od podsłuchu. Każdy pasażer lecący z Tuskiem jest też wcześniej sprawdzany. "Sprawdzimy, czy - mówiąc żartem - mają dobre CV. Proszę sobie wyobrazić, że bilet kupił też Dochnal i siedzi sobie dwa rzędy dalej w tej samej biznes klasie. Albo że leci też jakiś notowany bandzior, bo ma ochotę pokibicować w USA polskiemu bokserowi. Musimy wiedzieć, gdzie siedzi, i przewidzieć, co może zrobić" - kontynnuje nasz rozmówca z BOR. Zastrzega, że w razie pojawienia się skrajnie niebezpiecznej osoby, są metody, by ją wyeliminować.

Zasada jest taka: najbardziej podejrzani sadzani są po przekątnej, jak najdalej od samego Tuska. Obok Tuska będą siedzieć tylko szef MSZ Radek Sikorski i rzeczniczka rządu Agnieszka Liszka. Oficjalnie. Nieoficjalnie wiadomo, że będą też w pobliżu funkcjonariusze BOR. W tym przypadku najpewniej pięciu. Zwyczajowo BOR-owcy zajmują też dwa fotele najbliżej przejść pomiędzy klasami ekonomiczną i biznes, aby mieć na oku przemieszczanie się pasażerów.

W godzinę po starcie rusza tzw. pierwszy serwis. Na przystawkę może się spodziewać szynki westfalskiej z sałatą i sosem balsamicznym. Potem danie gorące do wyboru: wieprzowina, ryba, wołowina. I na koniec sery i deser: ciastko lub owoce. Do dyspozycji Tusk będzie miał też m.in. odtwarzacz DVD z kilkoma filmami, grami i muzyką. Nie będzie miał jednak, co ważniejsze, własnego telefonu. W sytuacji nadzwyczajnej może skontaktować się z lądem przez wieżę kontrolną w kokpicie kapitańskim. I tak minie dziewięć godzin.

Większy problem zaczynie się po wylądowaniu w Nowym Jorku. W tym momencie premiera przejmuje Secret Service. Co z naszymi funkcjonariuszami BOR? Będą przemieszczać się wraz z premierem, sami otoczeni ochroną amerykańską. BOR-owcy tak jak na pokładzie samolotu, tak na terenie USA, będą mieli przy sobie broń. Amerykanie bardzo niechętnie widzą uzbrojonych ochroniarzy obcych państw u siebie. Procedury pozwalające zatrzymać broń są długotrwałe.

Tusk wyjdzie z samolotu tym razem jako pierwszy. Prosto do podstawionego na płytę samochodu. "Dygnitarze nie muszą przechodzić przez bramki ani stać w kolejce do kontroli paszportowej, to wszystko załatwiają za nich agenci" - mówi nam rzecznik Secret Service Ed Donovan.

Żeby wszystko wypaliło, do USA już wczoraj poleciał szef gabinetu politycznego Tuska Sławomir Nowak. Podczas tej wizyty liczy się niemal każda minuta. W Nowym Jorku Tusk ląduje o 17.30 czasu lokalnego. Prosto z lotniska w kolumnie jedzie na 19 na spotkanie z Polonią. Spóźnić się nie może. Już o 21.30 musi być na pokładzie samolotu Delty, który leci do Waszyngtonu. A na lotnisko JFK wiedzie bardzo zakorkowana autostrada 678. Zwykłym samochodem trzeba liczyć 1,5 godziny.

Przelot Deltą to najsłabszy punkt całej wyprawy. Nie chodzi tylko o względy bezpieczeństwa, ale też o to, że opóźnienia samolotów na tej trasie są częste. W razie odwołania wszystkich lotów można użyć wariantu awaryjnego: około czterogodzinnej podróży samochodem.

Do hotelu Hay Adams, ok. 400 metrów od Białego Domu, Tusk najpewniej dotrze około północy. Na sen dużo czasu nie będzie. Jeśli w ogóle będzie można usnąć, zważywszy na pięć godzin różnicy czasu. A już o 8.30 Tusk ma zaplanowane śniadanie ze Zbigniewem Brzezińskim. Niespełna dwie godziny później główny punkt - spotkanie z George’em Bushem. Poza konferencją prasową z problemami udało się wcisnąć tylko złożenie wieńca na Grobie Nieznanego Żołnierza na cmentarzu Arlington.

Stamtąd znów na lotnisko, by złapać samolot do Nowego Jorku o 15.30. Po wylądowaniu Tusk musi dojechać do ONZ na spotkanie z szefem tej organizacji Ban Ki-moonem. I jeszcze do polskiego konsulatu, by zobaczyć się z organizacjami żydowskimi. Wszystko na styk. "Jeśli samolot do Nowego Jorku opóźni się, to ostatnie spotkanie może się nie odbyć" - martwią się pracownicy kancelarii. Bo minutę przed północą startuje już samolot powrotny do Warszawy.

Nasi rozmówcy z kancelarii premiera przyznają: to będzie wyjątkowo nerwowa wizyta. Ale premier się uparł. Chce dotrzymać słowa - będzie tanie państwo w każdej sytuacji. Jest jeszcze jedna strona tego medalu. "W odróżnieniu od rządowej <tutki> ten samolot jest bezpieczniejszy i wygodniejszy. Można się choćby spokojnie przespać" - po ludzku broni decyzji premiera rzeczniczka rządu.