To był wielki najazd zbrojeniówki na Warszawę. Kilka tysięcy związkowców tej branży w huku petard i gwizdków domagało się od rządu zwiększenia zamówień dla armii, które MON z powodu kryzysu musiał mocno ograniczyć.
Związkowcy zebrali się na pl. Trzech Krzyży. Trzymali transparenty z napisami: Skandowali hasła, rzucali petardy. Miasto ich zauważyło. Byli naprawdę głośni.
Z pl. Trzech Krzyży demonstracja przeszła przed Sejm na ul. Wiejską. Tam delegacja protestujących spotkała się z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim. Jak relacjonował marszałek, w sprawie pozyskania zamówień i chcą mieć na nie większy wpływ".
W liście, jaki złożyli na ręce marszałka, protestujący napisali, że domagają się m.in. zwiększenia środków na modernizację sił zbrojnych, a tym samym na zakup uzbrojenia i sprzętu wojskowego do poziomu roku 2008 oraz wprowadzenia gwarancji rządowych dla banków udzielających kredyty dla polskiego przemysłu obronnego.
"Ostatnie decyzje związane z redukcją środków MON na uzbrojenie i sprzęt wojskowy powodują realizację czarnego scenariusza. Doprowadzi to nie
tylko do wyhamowania modernizacji sił zbrojnych, ale " - napisali związkowcy w liście.
Potem związkowcy Z przedstawicielami protestujących spotkali się wiceministrowie obrony narodowej, finansów, skarbu oraz pracy i opieki społecznej.
Związkowcy złożyli u premiera swoje postulaty, jednak jak stwierdzili,
Dziś branża zbrojeniowa zatrudnia ok. 40 tys. ludzi. - tłumaczył wczoraj szef „Solidarności” przemysłu zbrojeniowego Stanisław Głowacki. Jego zdaniem MON powinien wydawać na modernizację armii od 25 do 30 proc. swojego budżetu, a nie wydaje nawet 15 proc.
"Mamy sytuację dramatyczną. Łucznik przestał pracować, Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy obniżają pensje o jedną trzecią" - mówił w Sejmie szef komisji obrony Janusz Zemke z SLD. Jego zdaniem kondycję zbrojeniówki pogorszył też spadek eksportu polskiej broni. "Należy dla przedsiębiorstw uruchomić kredyty i powiedzieć im, na jakie zamówienia mogą liczyć" - radził Zemke.