Aleksander Szczygło*: Stanowisko rządu wypracowuje się tak, że Rada Ministrów w trybie obiegowym albo na posiedzeniu przyjmuje uchwałę, która po podpisie premiera trafia do prezydenta. Nic
takiego nie miało miejsca w przypadku tego szczytu NATO. To pismo, o którym pan mówi, to notatka informacyjna jakich wiele. To nie jest żadne stanowisko rządu. Proszę nie wmawiać Polakom, że
to są jakieś instrukcje.
Czyli są to informacje, które zbiera się z różnych urzędów przed takim wydarzeniem po to, by szef delegacji wiedział o wszystkim, co się tam może wydarzyć.
Nie przypominam sobie takiej sytuacji.
Nie mogę rozmawiać o rzeczach, które mają charakter niejawny.
Oczywiście. Wszystkim zależało na tym, by jubileuszowy szczyt skończył się sukcesem. Zarówno jeśli chodzi o założenia do nowej strategii NATO przygotowanych przez Radę Mędrców z panem
ministrem Adamem Danielem Rotfeldem, jak i potwierdzenie członkostwa Albanii i Chorwacji. Ale również i wybór nowego sekretarza generalnego Paktu.
Nie słyszałem o takim zwyczaju. Kolejność wypowiadania się świadczy o pozycji danego państwa w organizacji. Im szybciej, tym ważniejsza rola. Prezydent Kaczyński został poproszony o głos
zaraz po tym, jak mówili sekretarz generalny, kanclerz Niemiec, prezydent Francji, prezydent Obama i premier Wielkiej Brytanii. To pokazuje, że Polska jest istotnym członkiem NATO.
Przede wszystkim podkreślał, i to wielokrotnie, że następny sekretarz generalny powinien pochodzić z tej części Europy, a nawet wprost - powinien być z Polski.
Nie było szansy, bo kandydatura ministra Radosława Sikorskiego w ogóle nie została zgłoszona.
Tuż przed szczytem, jak nakazuje zwyczaj, wszyscy kandydaci zostali zgłoszeni. Zrobiły to Bułgaria, Dania i Kanada. Polska nie. A jak nie ma zgłoszenia, to nie ma i kandydatury. Taką decyzję
podjął rząd. Taka wzmianka w tym piśmie potwierdza, że polski rząd nie wie, co robi. Brakuje komunikacji między premierem a szefem MSZ. W sobotę rano Donald Tusk mówi, że należało
popierać polską kandydaturę, a minister Sikorski, że należało odwlec poparcie dla Duńczyka. To jak to nazwać?
Skoro okazało się, że Turcja jednak blokuje Rasmussena, powstała nowa sytuacja. Prezydent chciał ją omówić z premierem. I jeśli prawdą jest to, że spał wówczas, to dlaczego nie
oddzwonił rano, jak już się wyspał?
To są podłe sugestie podłych ludzi, którzy własną nieudolność próbują zrzucić na innych. Parafrazując słynną wypowiedź pana Władysława Bartoszewskiego, właśnie dyplomatołków mamy
w rządzie Donalda Tuska.
*Aleksander Szczygło, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego