"Zadanie odnalezienia szyfranta - żywego lub martwego - otrzymali doświadczeni policjanci ze specjalnego zespołu poszukiwań celowych w Komendzie Stołecznej Policji. "Na co dzień tropimy ukrywających się gangsterów. Sprawą chorążego zajeliśmy się dlatego, bo dostał u nas kategorię pierwszą. To oznacza zaginionego, którego życie jest w poważnym niebezpieczeństwie" - tłumaczy wysoki rangą oficer policji.

>>> Znał najtaniejsze szyfry. Zniknął bez śladu

Nasi rozmówcy z policji nie ukrywają, że odnalezienie szyfranta będzie trudne. Bo wywiad wojskowy zorientował się dopiero po kilkunastu dniach, że stracił pracownika. "Żona myślała, że wykonuje jakąś misję. A przełożeni nie zainteresowali się, dlaczego nie pojawił się w pracy 19 kwietnia, kiedy kończyło mu się zwolnienie"- wyjaśnia oficer.

Po otrzymaniu zgłoszenia policjanci natychmiast zarejestrowali w swoim systemie chorążego Zielonkę jako zaginionego. To oznacza, że gdyby został wylegitymowany przez patroli policji czy straży granicznej, natychmiast zostaną o tym poinformowani. Szybko również sprawdzili wszystkie szpitale w województwie mazowieckim i kostnice. Ani ciała podobnego mężczyzny, ani pacjenta nie odnaleźli.

Funkcjonariusze sprawdzają dworce i noclegownie. Stałych bywalców wypytują, czy pojawił się ktoś nowy, i pokazują im zdjęcie szyfranta. To efekt doświadczeń: w takich miejscach często odnajdują się ludzie, którzy stracili pamięć.

>>> Wywiad nie wiedział, że zaginął szyfrant

"Wyszedł z domu bez dokumentów. Jakby wybrał się na krótki spacer albo do sklepu. Był lekko ubrany" - relacjonuje oficer. Śledczy założyli, że mógł zostać zaczepiony przez chuliganów i pobity. Dlatego funkcjonariusze rozpracowujący grupy przestępcze dostali polecenie skontaktowania się ze swoimi źródłami. Mają ich wypytywać o ewentualną bójkę.

Podobne zadania dostali funkcjonariusze zajmujący się przestępczością nieletnich na warszawskim Gocławiu. Tam mieszkał chorąży. "To nie jest najlepsze osiedle, nadal wielu tu dresiarzy. Nie jest wykluczone, że nie chciał dać na papierosy i został zbyt mocno uderzony. Sprawcy mogli ukryć ciało. W Warszawie było już wiele takich historii" - przyznaje policjant z komendy rejonowej na Pradze-Południe.

Policjanci z rodziną zdążyli przetrząsnąć okolice mieszkania chorążego. Wokół jest dużo zielonych terenów: łąki, oczko wodne. "Pomagałem w tych poszukiwaniach, ale to nic nie dało. Może dlatego, że to naprawdę duży teren" - mówi jeden z krewnych Zielonki. Rodzina chorążego nie wierzy, że mógł popełnić samobójstwo lub zacząć nowe życie.

"W jego małżeństwie od lat się nie układało. Wszyscy się przyzwyczaili, że on na urlop jechał w góry, a żona z dzieckiem nad morze. Chyba wygodniej im było się nie rozwodzić" - tłumaczy jedna z bliskich osób. Podobnie uważa inny z naszych rozmówców. "Rozmawiałem ze Stefanem przed świętami, umawialiśmy się na spotkanie w maju. Nic nie wspominał o problemach osobistych, choć z reguły opowiadał mi takie rzeczy" - mówi.

>>> Szyfrant zniknął, bo ma problemy osobiste

Twierdzi, że od dawna namawiał Zielonkę do przejścia na emeryturę. "To prawdziwy służbista. Odpowiadał, że nie może, bo jest potrzebny w pracy. Nie chciał zawieść swoich szefów. Ja mu wbijałem do głowy, że już wystarczy tej służby i czas zacząć spokojne, emeryckie życie" - wyjaśnia.

Krewni, z którymi rozmawialiśmy, zgodnie uważają, że zniknięcie musi mieć związek z pracą w służbach. "Pozostawił tyle niedokończonych spraw. To nie w jego stylu. Boję się, że został zamordowany, bo wiedział za wiele" - mówi jeden z nich.