Takiego planu na razie nie ma, ale niczego nie mogę wykluczyć. Bardziej prawdopodobny wydaje mi się jednak inny scenariusz. Gościli u prezydenta byli ministrowie finansów.
Z jednym wyjątkiem namawiali Lecha Kaczyńskiego do zwołania Rady Gabinetowej w sprawie nowelizacji budżetu. Uznali, że jest to temat, który aż się prosi o takie spotkanie. Było cztery -
jeden w tych poglądach. To na pewno dało prezydentowi do myślenia.
Prezydent to rozważa, ale na razie nie podjął decyzji. Mamy złe doświadczenia, bo nawet zwykłe jego działania wynikające z prerogatyw konstytucyjnych bywają przedmiotem ataków. Specjaliści
od propagandy z kancelarii premiera każdą najnormalniejszą rzecz potrafią pokazać jako awanturę. Bo wychodzą z założenia, i mają rację, że przy tym układzie sił jaki istnieje,
szczególnie w mediach, każda kłótnia obróci się przeciwko prezydentowi. W efekcie wygra Tusk, a straci Kaczyński. Dochodzi do sytuacji, kiedy każda zwyczajna czynność prezydenta musi być
rozważana pod kątem tego, co z tego zrobi połowa kancelarii premiera zajmująca się propagandą.
To wydaje się bardzo prawdopodobne. Ale raczej po 7 lipca, kiedy rząd przedstawi projekt nowelizacji budżetu.
To spotkanie może zastąpiłoby zwołanie Rady albo było podstawą do podjęcia decyzji, czy ją zwoływać.
Przede wszystkim chce poznać założenia nowelizacji budżetu. Same wnioski ujawni rząd. Ale ważne są założenia, np. czy zdaniem rządu w czwartym kwartale będzie dno kryzysu, czy to już
będzie wychodzenie z dołka? Czy szczyt bezrobocia to będzie 12 % w tym roku czy przypadnie na przyszły i wyniesie 16 %? Jakieś założenia trzeba przyjąć, żeby konstruować budżet czy go
nowelizować.
Byli jednomyślni w tym, że od jesieni zeszłego roku rząd wprowadza wszystkich w błąd. Upierał się przy kolejnych informacjach, o których wiedział, że są nieprawdziwe. Np. co do wskaźnika
wzrostu 3,7% PKB w tym roku. To nie jest tak, że kryzys zaczął się dzień po wyborach europejskich a wcześniej nikt o nim nie wiedział. Tak jest tylko w Polsce w ustach premiera Tuska.
No tak, ale kiedy to mówił już wiedział, że tak nie będzie. Chyba że jest niekompetentny, a nie jest, więc wiedział.
Przede wszystkim jest tak, że w tej chwili przedstawiane są cztery możliwe kierunki sięgania do naszej kieszeni po to, żeby potem ogłosić triumfalnie, że w trosce o Polaków tylko dwie
zostaną wprowadzone. To jest po prostu zabieg propagandowy. To nieprawda, że zobaczy się jakie będą dochody. Najpierw trzeba podjąć decyzję o stawce podatkowej, a potem robić projekcję
dochodów, a nie odwrotnie.
Na pewno będzie patrzeć na kilka elementów. Po pierwsze, czy dane rozwiązanie jest szczególnie dotkliwe dla najsłabszych grup społecznych, najbardziej odczuwających ten kryzys. Dlatego np.
wzrost VAT-u na żywność na pewno mu się nie spodoba. Po drugie, prezydent uważa, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie wzrosło bezrobocie. Powrót do wysokiego bezrobocia to tragedia,
najcięższa choroba, której za wszelką cenę trzeba uniknąć.
Rozwiązania podatkowe będą na pewno analizowane z tego punktu widzenia. Po trzecie, żeby to było solidarne i ciężar rozkładał się na wszystkie grupy na takiej zasadzie, że jeśli ktoś jest w stanie udźwignąć więcej to raczej jemu dokładać.
Wolałbym sformułowanie typu tolerował albo zgodził się. Chodzi też o to, żeby te rozwiązania nie tłamsiły gospodarki.
Prezydent potrafi podejmować decyzje, co do których jest przekonany, nawet jeśli one są niekorzystne politycznie. Przykład to weto w sprawie ustawy edukacyjnej wysyłającej sześciolatki do
pierwszej klasy. Wszystko wskazywało na to, że będzie odrzucone, a mimo to nie wahał się. W przypadku podatków nie będzie decydująca kwestia wizerunkowa, tylko przekonań prezydenta co do
skutków rozwiązań.