Premier i jego rzecznik Paweł Graś na debatę przyjechali kilka minut przed 20. Tusk usiadł na jednym z ośmiu krzeseł stojących na pustym dziedzińcu uczelni. Dwa naprzeciwko niego zajęli działacze niewielkich związków zawodowych działających w Stoczni Gdańskiej. Na miejscach zarezerwowanych dla przedstawicieli "Solidarności" i OPZZ leżały tylko karteczki. "Lepsza jest rozmowa, nawet jeśli argumenty będą ostre, niż wyłącznie krzyczenie na siebie, nikt nie ma monopolu na rację" - zaczął Tusk. Siedzący naprzeciw niego dwaj stoczniowcy: Wiesław Szady, szef Związku Inżynierów i Techników, i Marek Bronk z "Okrętowca", byli bardzo spięci. Szady na początku drżącym głosem czytał z kartki. "Przepraszam, ale nie mam doświadczenia przed kamerami" - tłumaczył.

Ci, którzy taką wprawę mają, obserwowali debatę przed stocznią. Towarzyszył im ks. prałat Henryk Jankowski. Kilka minut wcześniej z nieoczekiwanym wsparciem pospieszył im Marian Krzaklewski, kandydat PO do europarlamentu na Podkarpaciu. "Premier powinien zdobyć się na gest. Apeluję do niego, żeby został pół godzinki na politechnice i pojechał pod stocznię, przecież to jest 10 minut drogi" - namawiał w TVN 24. Tymczasem atmosfera pod stocznią była niemal piknikowa. Wiceszef zakładowej "S" Karol Guzikiewicz puścił nawet piosenkę pt. "Cuda, cuda, cuda" z dedykacją dla premiera.

Chwilę później Tusk przekonywał, że o przyszłości Stoczni Gdańskiej trzeba myśleć optymistycznie. "Mój rząd włożył dużo pracy w plany restrukturyzacji i przekonywanie Komisji Europejskiej" - zapewniał. Związkowców interesowało, co wyniknie z tych negocjacji. Pytali, czy powstanie komisja śledcza do spraw prywatyzacji stoczni. "Od przeszłości ważniejsza jest przyszłość" - usłyszeli od premiera. Związkowcy domagali się też wyjaśnień dotyczących demonstracji w Warszawie, podczas której policja użyła gazu pieprzowego. "Czy nie uważa pan, że stoczniowców potraktowano gorzej niż kibiców najgorszego sortu?" - dociskali Tuska. Szef rządu, wbrew oczekiwaniom stoczniowców, nie przeprosił za ten incydent. Stwierdził jedynie, że sprawę bada specjalna komisja.

Po czterdziestu pięciu minutach było po rozmowie. Kiedy wszyscy wstali z krzeseł, premier podsumował: "Oj, ciężko". Chwilę później komentował debatę podczas briefingu: "Byłoby lepiej, gdyby wszyscy byli. Ale nie będę premierem na telefon dla działaczy związkowych" - oświadczył.

Stoczniowcy z "Solidarności" i OPZZ też podsumowali debatę. "Tusk okłamuje społeczeństwo" - na gorąco komentował Guzikiewicz. I machał raportem NIK, z którego jego zdaniem wynika, że stocznia dostała blisko dziesięć razy mniej pieniędzy od państwa niż mówił Tusk.