Syn Leszka Millera miał brać łapówki od największych polskich biznesmenów: Kulczyka, Staraka, Krauzego i Gudzowatego. Miał o tym mówić jeden z zainteresowanych - Aleksander Gudzowaty. Wiadomość ta dotarła do ówczesnego premiera Millera od Zbigniewa Siemiątkowskiego. Gdyby taka informacja dostała się do mediów, mocny wtedy jeszcze Leszek Miller skończyłby natychmiast karierę.
Po sygnale od Siemiątkowskiego Miller wezwał do siebie Gudzowatego. Ten wszystkiemu zaprzeczył - nie opowiadał nic nikomu o żadnych łapówkach płaconych synowi premiera - pisze DZIENNIK. Premier przeprosił biznesmena i zapewnił, że służby specjalne wyjaśnią sprawę. Nic jednak nie wiadomo, żeby została rozwikłana.
Skąd Siemiątkowski usłyszał o łapówkach dla syna premiera? DZIENNIKOWI powiedział, że od Janusza Luksa, szefa wywiadu UOP w połowie lat 90. Luks zaprzecza. Utrzymuje, że od 11 lat jest poza służbą. Czy teraz sprawa zostanie wyjaśniona? Nie wiadomo, choć wie o niej prokuratura. W kwietniu tego roku szef ochrony Gudzowatego, Marcin Kossek złożył w prokuraturze dokument, zaczynający się od słów: "Informacje posiadane przeze mnie do sprawy - próba zamachu stanu na urzędującego premiera RP Leszka Millera przy użyciu Aleksandra Gudzowatego". Tyle że śledztwo dotyczy nie próby obalenia premiera, a gróźb pod adresem biznesmena.