Posunięcia ministra skarbu w rządzie Jerzego Buzka, który dokonał prywatyzacji, czyli oddania w prywatne ręce Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń, budziły od początku wiele kontrowersji.
Żeby głębiej przyjrzeć się sprawie, w Sejmie ubiegłej kadencji zawiązała się komisja śledcza ds. PZU. Po roku dochodzenia jej członkowie doszli do jasnego wniosku. "Rażąco naruszył interesy Polski" - wyjaśnia członek komisji Przemysław Gosiewski (PiS).
Posłowie odkryli, że Wąsacz sprzedał 1/3 akcji ubezpieczyciela za dwa razy tańszą cenę, niż powinien. W dodatku sprzedał je firmom małym, nieznanym - holenderskiej Eureko i BiG Bankowi Gdańskiemu, które nie miały kasy. Musiały się zapożyć, żeby stać się akcjonariuszami. A kredyty na zakup państwowego ubezpieczyciela są zabronione przez prawo. "Do tego dochodziły tajemnicze kolacyjki i bankiety Wąsacza, polityków AWS i biznesmenów z tych firm" - opowiada dziennikowi.pl wiceszef komisji Jan Bury (PSL).
Sejmowa komisja zażądała postawienia Wąsacza przed Trybunałem Stanu. Ale jeden z członków trybunału zginął w wypadku samochodowym. I przesłuchanie byłego ministra skarbu przesunięto.
Od afery z PZU minęło już 7 lat. Dlaczego tak długo Emil Wąsacz unikał choćby politycznej odpowiedzialności? "To przez lata był niewygodny temat, sprawę ministra-oszusta zamiatano pod dywan dla spokoju" - mówi dziennikowi.pl członek komisji śledczej ds. PZU Jerzy Czepułkowski (SLD).
Ale wiecznie zamiatać się nie da. Dziś Wąsacza zatrzymała policja. Posłowie obecnej kadencji zakasali rękawy - sprawą zajmą się już w środę.