"Jeżeli większości nie uzyskamy, będziemy głosować za samorozwiązaniem parlamentu" - podkreśla rzecznik PiS Adam Bielan. Żeby wybory odbyły się 26 listopada, Sejm musi się rozwiązać góra do 12 października. "Tyle jest czasu na negocjacje o nowej większości, chociaż my liczymy na to, że te rozmowy zakończą się wcześniej" - mówi Bielan.
Szukanie większości idzie Jarosławowi Kaczyńskiemu dość dobrze. Udało mu się zwerbować już 15 posłów Samoobrony. Chce wciągnąć do koalicji również Polskie Stronnictwo Ludowe - partię znaną z tego, że chętnie udziela poparcia temu, kto akurat ma władzę. Jeśli PSL ulegnie i tym razem, rząd będzie musiał przekonać do siebie już tylko trzech posłów. Na pewno Kaczyńskiemu uda się wyłowić ich z politycznego planktonu - bezpartyjnych parlamentarzystów.
"Rząd jest w tej chwili dużo silniejszy" - przekonywał Kaczyński tuż po odwołaniu Leppera. Gilowska ściskając swoją nową nominację, obiecała, że "postara się rząd wzmacniać, a nie osłabiać".
Szef PiS ma też plan awaryjny. Jeśli nie znajdzie ludzi do poparcia swojego rządu, rozpisze nowe wybory. Z jednym ale... najpierw zmieni ordynację wyborczą tak, by partia, na którą zagłosuje najwięcej Polaków, z miejsca dostawała większość stołków w Sejmie. Kaczyński chce, by ten pomysł poparła Platforma Obywatelska. I raczej tak się stanie, bo PO - która, według sondaży, idzie z PiS praktycznie łeb w łeb - też może zyskać na tym rozwiązaniu. Kto straci? SLD, Samoobrona i reszta mniejszych partii.
Lepper - wściekły za wyrzucenie go z rządu i mianowanie warchołem - miota oskarżenia w stronę PiS. Grzmi, że ludzie Kaczyńskiego przekupują posłów Samoobrony. "To nielegalne i korupcyjne podchody!" - woła oburzony, a Sejm nazywa po prostu nienormalnym.