Dziennik Gazeta Prawana logo

Agenci chcieli sterować Jarosławem Kaczyńskim

12 października 2007, 13:48
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Już wiadomo, jak ludzie specsłużb rozpracowywali polityków prawicy! Agenci UOP niczym SB śledzili Jarosława Kaczyńskiego i ludzi z jego otoczenia na początku lat 90. W polityce gra va banque, lubi befsztyki i wątróbkę, chętnie spaceruje - tak służby spisywały każdy szczegół z życia obecnego premiera. To dowody nikczemnych czynów - mówi twardo Kaczyński o odtajnionych aktach sprawy inwigilacji prawicy. I obarcza winą byłego szefa UOP Koniecznego oraz byłych szefów MSWiA Milczanowskiego i... Rokitę.

Przy Kaczyńskim, ówczesnym szefie Porozumienia Centrum, działał agent Urzędu Ochrony Państwa. Płk Jan Lesiak i jego ludzie, którzy rozpracowywali prawicę, używali tego agenta do podsyłania kierownictwu PC nieprawdziwych informacji. Agent udawał, że ma przecieki z UOP na temat PC. Tymczasem każdy przeciek był kontrolowany. W ten sposób specsłużby próbowały sterować Jarosławem Kaczyńskim.

Akta pełne są również szczegółów z życia osobistego Jarosława Kaczyńskiego. "Twardy fighter, który umie grać va banque" - tak nazywali go ludzie płk. Lesiaka.

Pisali również, że nie dba o swój wizerunek w mediach, nie uprawia sportu, lubi wino i piwo, że chętnie spaceruje i nie pali. UOP wiedział nawet, co szef PC lubi jadać. "Ulubione dania: befsztyki z polędwicy i wątróbka z drobiu" - pisali.

Premier chce, by wszystkie dokumenty były całkowicie jawne. "Pokazują one dobitnie, że przynajmniej ten fragment ówczesnej działalności służb z państwem demokratycznym i praworządnym nie miał nic wspólnego" - twierdzi Kaczyński. I wprost wytyka palcem odpowiedzialnych za te działania. "To przede wszystkim odpowiedzialność rządu i to mówię z wielkim bólem, rządu sił postsolidarnościowych pani Hanny Suchockiej" - uważa Kaczyński.

Suchej nitki nie zostawia też na takich politykach, jak Andrzej Milczanowski, Jerzy Konieczny i Jan Rokita. "Ci ludzie nie tylko łamali prawo i to w kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, ale dopuszczali się czynów po prostu nikczemnych" - mówi premier. Szczególnie dostało się Rokicie. "Nie mam najmniejszej wątpliwości, że on doskonale się orientował w tych praktykach" - dodaje.

Ale już tak jednoznacznie opublikowanych dokumentów nie odbiera były prezydent Lech Wałęsa. Według niego to... sami bracia Kaczyńscy byli wykonawcami tej inwigilacji. "Oni są inicjatorami tego wszystkiego" - mówi Wałęsa. "Na razie o tym nie słychać, na razie idzie to chyba w nieprawidłowym kierunku. Ja o tym nie chciałem mówić, bo to są żarty, niepoważne rzeczy. I tak to traktowałem wtedy, ale jeśli ktoś się bawi w pokazywanie dokumentów, to niech pokaże prawdziwe" - stwierdza Wałęsa.

W latach 90. do Urzędu Ochrony Państwa trafiło sporo ludzi z PRL-owskich służb specjalnych. To oni decydowali o tym, co agenci będą robić, kogo śledzić i jakie informacje zbierać. Do dziś jednak nie wiadomo, kto stał za płk. Lesiakiem i sterował całą operacją rozpracowywania prawicy. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w czerwcu zapowiadał, że za wszelką cenę trzeba tych ludzi złapać i postawić przed sądem. Bo takie inwigilowanie polityków w wolnej Polsce to jawne bezprawie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj