11 sierpnia 2005 roku, w samym szczycie kampanii prezydenckiej, Anna Jarucka wysłała do sejmowej komisji badającej aferę PKN Orlen list, w którym twierdziła, że zmieniła zeznanie podatkowe Cimoszewicza. Po to, by ukryć akcje Orlenu, które kupił.
Jako dowód przedstawiła kopię pozwolenia Cimoszewicza, wówczas marszałka Sejmu, na zmianę deklaracji podatkowej. Tylko że, jak się okazało, kopia była podstemplowana dużo późniejszą pieczątką... kandydata na prezydenta. Współpracownicy byłego marszałka oskarżali o przygotowanie całej prowokacji PO, a przede wszystkim byłego szefa specsłużb Konstantego Miodowicza. A błędy w oświadczeniu majątkowym tłumaczyli pomyłką kandydata.
Po całej aferze Cimoszewicz wycofał się z wyborów, bo - jak oświadczył - miał dosyć ataków na siebie i rodzinę.
Dziś przyszedł do sądu, by złożyć wniosek o nadaniu mu statusu oskarżyciela posiłkowego. Cimoszewicz nie chce, by Jarucka trafiła do więzienia, ale powinna usłyszeć od sądu,
"że jest przestępcą". Przyznał, że przez Jarucką zniszczono jego rodzinę i karierę polityczną, ale - jak zapewnił - nie żałuje, że zszedł ze sceny politycznej.
Annie Jaruckiej za fałszerstwo grozi 5 lat więzienia. Broni ją znany warszawski adwokat Jacek Dubois. Była asystentka nie przyznaje się do winy. "Gdybym chciała fałszować, użyłabym
jego oryginalnego podpisu. Cimoszewicz wielokrotnie zostawiał mi podpisane kartki in blanco" - argumentuje.