Przegłosowano wtedy niekorzystne dla Polski zapisy o podwójnej większości. Brok, ówczesny przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych PE, zagroził Oleksemu, że przypomni jego przeszłość agenturalną i sprawę lustracji. Wtedy Oleksy zrezygnował z Prezydium Konwentu Europejskiego.
Te sensacyjne informacje podał Ryszard Czarnecki, eurodeputowany Samoobrony. "Publikuję te informacje, od razu jak tylko się dowiedziałem. Okazuje się, że od kilku tygodni przypomina się tę historię w kuluarach PE" - mówi DZIENNIKOWI Czarnecki. "Zasadnicze decyzje podejmowane były nie w Konwencie, a w Prezydium Konwentu, dlatego Brokowi zależało, by wprowadzić tam kogoś z prawicy, i - jak się okazuje skutecznie - zaszantażował Oleksego".
Jak to Brok zrobił, eurodeputowany pisze na swoim blogu: Niemiec użył "czułego" dla Oleksego argumentu - lustracji. Miał wytoczyć "działo lustracyjne" grożąc polskiemu politykowi, iż rozpętana zostanie medialna burza w "starej Unii", że osoba związana z komunistycznymi służbami specjalnymi osiąga funkcję decydującą o kształcie przyszłej Europy.
Działo się to w specjalnej aurze stworzonej już wokół Oleksego: w czasie posiedzenia Konwentu w Brukseli rozrzucono ulotki w języku angielskim wprost oskarżające Józefa Oleksego o agenturalność. To zmiękczyło go i wystawiło na żer Brokowi. Brok, nazywany wręcz "panem Konwentem", osiągnął swoje. Zaszantażowany Oleksy cichaczem się wycofał.
"Gdyby w Konwencie był Polak i zablokował niekorzystne zapisy podwójnej większości, wówczas wielka czwórka musiałaby liczyć się z jego głosem" - wyjaśnia Czarnecki.
"Okazuje się, że Polsce do dzisiaj odbija się czkawką tamta historia" - dodaje. Czarnecki zapowiada, że po konsultacjach ze wszystkimi polskimi europosłami, będzie się
starał nadać sprawie oficjalny bieg.
Michał Karnowski: Czy w 2004 roku, w trakcie prac nad konstytucją europejską, ktoś pana szantażował?
Józef Oleksy: O Boże! Kolejna sensacja na mój temat. Tyle już o mnie nagadano, ostatnio znowu atakują moją żonę. Teraz to... Chyba się zastrzelę. Ktoś odwraca uwagę od siebie i
swoich spraw, kieruje na mnie reflektory, bo wtedy jest w cieniu.
Tak twierdzi Ryszard Czarnecki. Czy coś takiego miało miejsce?
Jest prawdą, że zrezygnowałem z miejsca w prezydium, ale sam już nie pamiętam dokładnie dlaczego. Ktoś
mnie tu z kraju naciskał, zabiegał o to bardzo ambicjonalnie premier Słowenii. Potem ktoś rozpuścił taką wersję... Wie pan, nie chcę spekulować, dlatego że mogę coś pokręcić. Jestem
bardzo zły na wasze dziennikarskie sensacje. Chociaż... Coś sobie skojarzyłem teraz w trakcie rozmowy, ale nic nie powiem.
Szantażowano pana esbeckimi kwitami?
(śmiech)... Będę z zaciekawieniem obserwował, co Czarnecki ma do powiedzenia w tej sprawie. Nie ma na mnie żadnych esbeckich kwitów,
tylko miałem sprawę lustracyjną wojskową. A to jest coś zupełnie innego.
Może ktoś się na panu mści? Za taśmy Gudzowatego?
Może być. A ja już głupieję - gdzie jest ten układ, który bije we mnie od jedenastu lat?
W otoczeniu Kwaśniewskiego?
Nie chce dywagować, tyle ataków na mnie już było. Różne myśli przychodzą do głowy. Ale to co mówi Czarnecki, to poważna sprawa. Bo jeśli ktoś mówi o szantażowaniu polskiego premiera,
to musi tego dowieść. Przecież nie można sobie takich numerów robić bez dowodów.
Szantażu nie było, nikt do Pana nie przychodził, nie groził?
Ktoś coś słyszał, że dzwoni, ale nie zapamiętał, w jakim kościele. Każdy, kto taki temat porusza, musi być odpowiedzialny, bo to są stosunki międzynarodowe, to był konwent
ogólnoeuropejski, a ja byłem osobą niezawisłą w swoich decyzjach. I nie powiem nic więcej.