Prześledziliśmy kampanijne szlaki liderów największych konkurujących ze sobą ugrupowań PiS i Koalicji Europejskiej. Terminarz i liczba spotkań pokazuje kilka prawidłowości. W każdym przypadku podstawę wyjazdów w teren stanowił udział w regionalnych konwencjach. Ale pojawiła się także dodatkowa aktywność. Atutem PiS okazało się to, że prezes partii nie jest premierem. Podróżowali obaj, dzięki temu partia była w stanie obsłużyć ponad dwa razy więcej spotkań poza Warszawą niż lider Koalicji Europejskiej.

– Prezes jeździ, by poprzeć swoje jedynki – mówi nam jeden z polityków PiS. – Zwłaszcza, gdyby miały mieć kłopoty. Tak było z Elżbietą Kruk na Lubelszczyźnie czy Anną Fotygą na Pomorzu. Pierwsza z nich może być wyprzedzona przez Beatę Mazurek, a druga przez Jarosława Sellina – podkreśla Marcin Palade, autor wyborczych prognoz. To nie znaczy, że misje Kaczyńskiego miały tylko personalny charakter. Polska na wschód od Wisły to nasz teren, ale wymagający mocnej mobilizacji – zauważa Krzysztof Sobolewski z PiS. Zaktywizowanie elektoratu w tradycyjnie głosujących na PiS okręgach ma podbić wynik ugrupowania w skali kraju.

Z kolei premier Mateusz Morawiecki pojawiał się we frontowych z punktu widzenia PiS województwach. – Miał nie tylko mobilizować naszych zwolenników, ale także demobilizować przeciwników – podkreśla jeden ze sztabowców PiS. Stąd wizyty Morawieckiego na Śląsku czy w Łodzi. To dla PiS bardzo ważne tereny. O ile są pewni wygranej na ścianie wschodniej, to walczą o opanowanie Polski centralnej i jak najlepszy wynik na Śląsku.

W przeciwieństwie do politycznych rywali marszruta Grzegorza Schetyny wiodła na ogół przez większe ośrodki, tam gdzie jest główny elektorat PO i KE. Mniej niż u przeciwników było na jego szlaku małych miejscowości.

Finisz kampanii to próba zmobilizowania za wszelką cenę elektoratu. Koalicja Europejska zaczęła akcję „13 okręgów w 3 dni”. Wczoraj lider KE był w Siemiatyczach, Mińsku Mazowieckim i w Warszawie. – Przejedziemy 5 tys. kilometrów w trzy dni, odwiedzając wszystkie okręgi wyborcze. To największa akcja mobilizacyjna w tej ofensywie. Będziemy powtarzać wszystkie ważne kwestie z dwóch miesięcy kampanii – mówi Cezary Tomczyk z PO. Z kolei Krzysztof Sobolewski z PiS replikuje: – Przez ostatnie dni przejechaliśmy 50 tys. km. Jesteśmy ciągle w drodze. Wczoraj z powodu burz i podtopień kampania PiS nieco zwolniła. Część kandydatów na południu kraju ograniczyła wyborczą aktywność lub zawiesiła działania. Partia uruchomiła jednocześnie call centre, wolontariusze dzwonią do wyborców i namawiają do udziału w głosowaniu.

Bez względu na ideowe różnice pogląd na to, co zdecyduje o wyniku, jest podobny. – Przesądzi uczestnictwo w wyborach – mówi Mariusz Witczak z PO. Identyczne głosy można usłyszeć z PiS, ale też od politologów. – Kluczem jest mobilizacja swoich i demobilizacja innych. Pytanie, czy Kaczyński i Schetyna mobilizując swój elektorat nie mobilizują jednocześnie przeciwników – mówi dr hab. Marek Migalski. On sam szacuje frekwencję na 30–40 proc. W poprzednich wyborach do PE do urn poszła jedna czwarta wyborców. Choć Migalski przestrzega, że sama wyższa frekwencja nie wskazuje wygranego w wyborach. – W poprzednich eurowyborach lepiej mobilizował się elektorat obecnej KE. Ale jeśli pójdzie teraz 10 proc. więcej, to nie znaczy, że to będą wyborcy PiS. Wyborcy opozycji chcą wyrazić w głosowaniu swój gniew, to silniejsza emocja niż wdzięczność, co jest motywem głosowania zwolenników PiS. Dlatego łatwiej mobilizować wyborców opozycji, ale czy to się przełoży na wynik, nie wiem – podkreśla politolog.

Wyborcy opozycji chcą wyrazić swój gniew, to silniejsze niż wdzięczność