Emilia Sz. w rozmowie z dziennikarką "Gazety Wyborczej" przyznaje, że atakowani byli przez nią ci sędziowie, których chciano się w ministerstwie pozbyć albo ich zdyskredytować, bo "nie popierali reformy sądownictwa i dobrej zmiany".

- Dostawałam za to pochwały od wiceministra Łukasza Piebiaka - mówi internetowa hejterka o pseudonimie "mała Emi".

Podkreśla, że nie należała do grupy "Kasta", czyli zamkniętej grupie na komunikatorze WhatsApp, która hejtowała sędziów. Jej członkiem był jednak jej mąż. Na pytanie, kto jeszcze do niej należał odpowiada: "Sędzia Wytrykowski, sędzia Radzik, sędzia Mitera, sędzia Lasota, Kuba Iwaniec, Arkadiusz Cichocki, sędzia Dudzicz, no i minister Piebiak". - Miałam do nich numery telefonów. Jak coś się działo, to do mnie pisali czy dzwonili, że trzeba np. wysłać donos na jakiegoś sędziego – mówi.

Tłumaczy, że miała "wolną rękę" w kwestii wykorzystywania dokumentów i kompromitujących informacji nt. sędziów, których na celownik wzięła "Kasta". Stawiające sędziów w niekorzystnym świetle materiały miała wysyłać m.in. do Wojciecha Biedronia z portalu wPolityce.pl, szefa programu TVP "Alarm!" Przemysława Wenerskiego oraz Michała Rachonia z TVP Info, Samuela Pereiry, czy Jarosława Olechowskiego, ówczesnego szefa "Wiadomości". Zamawiała również teksty gloryfikujące sędziów, którzy byli przychylni obozowi PiS u prorządowych dziennikarzy. O tym, kogo zaatakować, a kogo "pochwalić" mieli decydować sędziowie Łukasz Piebiak oraz Jakub Iwaniec.

Emilia Sz. twierdzi, że robiła to ze względu na męża i jego potencjalny awans. - Wiedzieli, że bardzo mi zależy na karierze męża. Kuba mi obiecał, że Tomek zostanie w ministerstwie i albo awansuje, albo dostanie delegację do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Dlatego tak mocno o to walczyłam – stwierdza. Ostatecznie jej mąż został dyrektorem prawnym w KRS i dostał delegację do NSA.

Emilia Sz. przyznaje, że sędziowie z grupy nazywali ją "Inką" [pseudonim bohaterki niepodległościowego podziemia Danuty Siedzikówny, skazanej na śmierć w procesie w 1946 r. - przyp. red.]. – Byłam ich żołnierką. Miałam kiedyś w swoim opisie na Twitterze, że chciałabym na koniec życia powiedzieć jak "Inka", że zachowałam się jak trzeba – mówi.

Początkowo kobieta wierzyła w słuszność wykonywanych przez siebie działań. - Wpada się w spiralę. Zaczyna się od czegoś dobrego, a później się to ciągnie, choć już tak dobre nie jest. Bo dostaje się za to pochwałę. Bo mąż awansuje. Bo sam wiceminister sprawiedliwości chwali - tłumaczy na łamach "Wyborczej.

Kobieta mówi, że nie tylko zapewniano ją, że jej mąż awansuje, ale, że "nie pójdzie siedzieć i nie poniesie żadnych konsekwencji, bo za dobro się nie karze". Gdy w marcu 2018 przyszła do niej policja i na polecenie prokuratury zarekwirowała telefony, komputer, laptop, wiedziała, że nie ma żadnej ochrony.

- Wiedziałam już wcześniej, ale jeszcze liczyłam, że to wszystko jakoś się ułoży. Latem 2018 r. zapaliły mi się w głowie wszystkie czerwone lampki. Zaczęłam obiektywnie patrzeć na to, co się dzieje np. z sędzią Żurkiem, i dystansować się od Twittera i grupy "Kasta". I zaczęłam się zastanawiać nad tym, co robiłam. I że nie mam tej obiecanej ochrony, i tak naprawdę w ogóle nic z tego nie mam. I nie chodzi o pieniądze, tylko o poczucie bezpieczeństwa. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie byłam tylko zwykłym pionkiem, którego potrzebowali na chwilę, by wykorzystać, a później spalić – mówi.

Dodaje, że "teraz czuje się nikim", ale też nie uważa się już za hejterkę. - Może trochę znormalniałam. Jestem uczciwsza, to na pewno. I świadoma, że ludzie popełniają błędy, a my możemy je oceniać, ale nie oceniać ludzi – stwierdza.