Emilia Sz. w rozmowie z dziennikarką "Gazety Wyborczej" przyznaje, że atakowani byli przez nią ci sędziowie, których chciano się w ministerstwie pozbyć albo ich zdyskredytować, bo "nie popierali reformy sądownictwa i dobrej zmiany".
- - mówi internetowa hejterka o pseudonimie "mała Emi".
Podkreśla, że nie należała do grupy "Kasta", czyli zamkniętej grupie na komunikatorze WhatsApp, która hejtowała sędziów. Jej członkiem był jednak jej mąż. Na pytanie, kto jeszcze do niej należał odpowiada: "Sędzia Wytrykowski, sędzia Radzik, sędzia Mitera, sędzia Lasota, Kuba Iwaniec, Arkadiusz Cichocki, sędzia Dudzicz, no i minister Piebiak". - – mówi.
Tłumaczy, że miała "wolną rękę" w kwestii wykorzystywania dokumentów i kompromitujących informacji nt. sędziów, których na celownik wzięła "Kasta". Stawiające sędziów w niekorzystnym świetle materiały miała wysyłać m.in. do Wojciecha Biedronia z portalu wPolityce.pl, szefa programu TVP "Alarm!" Przemysława Wenerskiego oraz Michała Rachonia z TVP Info, Samuela Pereiry, czy Jarosława Olechowskiego, ówczesnego szefa "Wiadomości". Zamawiała również teksty gloryfikujące sędziów, którzy byli przychylni obozowi PiS u prorządowych dziennikarzy. O tym, kogo zaatakować, a kogo "pochwalić" mieli decydować sędziowie Łukasz Piebiak oraz Jakub Iwaniec.
Szanowni Państwo, dementuję rewelacje @gazeta_wyborcza jakoby Emilia Szmydt „podsuwała mi materiały o sędziach”. Pamiętam jedną rozmowę telefoniczną z tą Panią. Była w stanie upojenia alkoholowego. Tak silnego, że nie zrozumiałem o co jej chodziło. Kolejny fejk news @A_Kublik
— Jarek Olechowski (@OlechowskiJarek) September 8, 2019
Emilia Sz. twierdzi, że robiła to ze względu na męża i jego potencjalny awans. - – stwierdza. Ostatecznie jej mąż został dyrektorem prawnym w KRS i dostał delegację do NSA.
Emilia Sz. przyznaje, że sędziowie z grupy nazywali ją "Inką" [pseudonim bohaterki niepodległościowego podziemia Danuty Siedzikówny, skazanej na śmierć w procesie w 1946 r. - przyp. red.]. – – mówi.
Początkowo kobieta wierzyła w słuszność wykonywanych przez siebie działań. - - tłumaczy na łamach "Wyborczej.
Kobieta mówi, że nie tylko zapewniano ją, że jej mąż awansuje, ale, że "nie pójdzie siedzieć i nie poniesie żadnych konsekwencji, bo za dobro się nie karze". Gdy w marcu 2018 przyszła do niej policja i na polecenie prokuratury zarekwirowała telefony, komputer, laptop, wiedziała, że nie ma żadnej ochrony.
- – mówi.
Dodaje, że "teraz czuje się nikim", ale też nie uważa się już za hejterkę. - – stwierdza.