"Dzisiejsze nominacje potwierdzają, że Platforma ma problem <krótkiej ławki>. Brakuje ludzi do obsady poszczególnych resortów" - grzmiał poseł PiS Adam Rogacki na specjalnie zwołanej po powołaniu nowego rządu konferencji. I wymienia: "Czekamy na efekty pracy absolwenta wydziału historyczno-filozoficznego Grzegorza Schetyny w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, geodety Aleksandra Grada w Ministerstwie Skarbu Państwa, czy polonistki Julii Pitery w walce z korupcją".

PiS ma odpowiedź na to, że zarzut jest nietrafiony, bo również wykształcenie członków rządu Kaczyńskiego niekoniecznie odpowiadało resortom, którymi kierowali. Fakt, że były minister spraw wewnętrznych Ludwik Dorn skończył socjologię, szef CBA Mariusz Kamiński jest historykiem, a szef wywiadu - niedawno mianowany na generała Witold Marczuk - kończył oceanografię, jest nieistotny. Według wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Putry dlatego, że rząd PiS jest już historią, a poza tym na jego korzyść świadczą wyniki.

Złośliwości wobec nowego rządu nie szczędziła też posłanka Beata Kempa. Ironizowała, że "skoro nowy rząd przyjechał na zaprzysiężenie autobusem, to ma nadzieję, że odjedzie takim samym środkiem transportu, a nie limuzynami".

PiS zapowiada, że będzie twardą opozycją, która będzie patrzeć władzy na ręce. "Czekamy na realizacje 10 obietnic PO złożonych przed ciszą wyborczą" - zapowiada marszałek Putra. I wymienia na przykład zapowiedź podwyżki pensji dla nauczycieli oraz "cud gospodarczy".

Ale Prawo i Sprawiedliwość chce być też opozycją konstruktywną. "Będziemy popierać dobre działania, a krytykować złe. Dobrze życzymy nowemu premierowi i jego rządowi, bo zależy nam na dobru kraju" - mówił Putra.