Decyzja ma zapaść lada dzień - twierdzi "Newsweek". Kończy się kontrola, w ramach której urzędnicy weryfikują informacje wpisane przez europosła w zeznaniu podatkowym za 2001 r. (do starszych PIT-ów, zgodnie z prawem, nie mogą sięgać).

Inspektorzy wykryli różnicę miedzy oficjalnie zadeklarowanym a rzeczywistym stanem majątkowym europosła. Wynosi ona ponad 100 tysięcy złotych. Oznacza to, że po nałożeniu karnego podatku, potocznie zwanego domiarem, Piskorski będzie musiał zapłacić fiskusowi ponad 75 tys. zł.

O prześwietlenie finansów byłego prezydenta stolicy wystąpiła prokuratura, badająca pochodzenie zasobów Piskorskiego w ramach większego śledztwa. "Szukamy majątków liderów grupy pruszkowskiej (gangu) i osób, których nazwiska pojawiły się w materiałach ze śledztwa dotyczącego wątku ekonomicznego <Pruszkowa>" - wyjaśnia Katarzyna Szeska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Prokuratorzy sprawdzają wiarygodność zapewnień europosła o tym, że obecny pokaźny majątek zawdzięcza w dużej mierze inwestycjom na giełdzie i korzystnym transakcjom na rynku antyków w latach 90. Ich wątpliwości wzbudziła - datowana na rok 1997 i opiewająca na prawie milion złotych - umowa sprzedaży kolekcji bliżej nieokreślonych przedmiotów. Na zapisanej odręcznie kartce papieru brak charakterystyki zbywanych rzeczy. A widniejący pod dokumentem podpis nieżyjącego już antykwariusza został, zdaniem grafologa, podrobiony. Słabością ekspertyzy jest jednak fakt, że jej autor bazował na kserokopii umowy, którą dysponuje prokuratura.

"Mam oryginał, w każdej chwili mogę go dostarczyć, ale dotąd nikt mnie o to nie prosił" - deklaruje w rozmowie z "Newsweekiem" Piskorski. Wyjaśnia, że dostał od kupca już podpisany dokument. "Miałem mu powiedzieć: niech pan się podpisze jeszcze raz, bo nie wiem, czy to pana podpis?" - dodaje wzburzony.

Śledczy wciąż próbują ustalić, czy sprzedana kolekcja rzeczywiście istniała. Prowadzone postępowanie odkryło jeszcze jedną nieznaną kartę z przeszłości europosła. Okazuje się, że 23 listopada 1992 r. w kasynie Jackpol w Gdyni wygrał on 4 mld 950 tys. starych złotych (czyli równowartość 500 tys. zł). 24-letni Piskorski był wtedy posłem i wiceszefem Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Dlaczego wcześniej nie chwalił się, jakim jest szczęściarzem?

"Trudno uznać grę w kasynie za atut polityka. Zresztą wtedy przestałem grać, uznając, że nie ma co kusić losu" - tłumaczy Piskorski. Jego zdaniem, wyciąganie starych spraw i dokumentów świadczy o tym, że ktoś się na niego uwziął.