W środę w TVP zaprezentowano film dziennikarza Sylwestra Latkowskiego "Taśmy Amber Gold. Układ Trójmiejski nie umiera nigdy".

Reklama

W czwartek wieczorem Wassermann była pytana w TVP Info m.in. o ewentualny status świadka koronnego dla twórcy i byłego szefa Amber Gold Marcina P., o rolę, jaką odegrał w sprawie Michał Tusk - syn ówczesnego premiera Donalda Tuska, a także o szanse na odzyskanie złota i ustalenie "prawdy", w tym o zaangażowanych w to osobach i rzeczywistych kwotach w piramidzie finansowej.

Pytana, czy kiedykolwiek poznamy "osobę lub osoby, które stały za Marcinem P. adwokat i polityk przyznał, że jest tu optymistką - odpowiedziała twierdząco. "Oczywiście, że poznamy prawdę. Historia zna takie postępowania, gdzie po wielu latach dowiadujemy się prawdy, choćby nie wiem jak była zaskakująca" - stwierdziła.

Adwokat i polityk podała za przykład sprawę "tajemniczego" zabójstwa w 1992 roku premiera Piotra Jaroszewicza i jego małżonki Alicji Solskiej-Jaroszewicz. Przypomniała, że po wielu latach, prokuratorom w Krakowie "udało się natrafić na ślad" i sporządzić akt oskarżenia.

Świadek koronny

Odnosząc się do sprawy Amber Gold, wyraziła przekonanie, że "jest jeszcze spora grupa osób, która wie, co tam się wydarzyło, i która być może w najbliższym czasie zechce mówić". Według niej, stanie się tak m.in. dlatego, że "będą miały inne postępowanie i będą chciały skorzystać z tego, z czego mógł skorzystać Marcin P. czyli zostania świadkiem koronnym małym, czy też tzw. dużym ustawowym".

Po uwadze, że Marcin P. w 2012 r. "sam proponował i był chętny, aby być świadkiem koronnym", a więc mógł już osiem lat temu "wyjawić te wszystkie sekrety i nazwiska, których dzisiaj nie znamy", posłanka została zapytana, dlaczego wymiar sprawiedliwości i organy ścigania wówczas na to nie pozwoliły.

Według niej, Marcin P. "wyraził na jednym z przesłuchań wolę, aby stać się tzw. małym świadkiem koronnym, który może skorzystać z dobrodziejstwa dużo łagodniejszej kary, a nawet odstąpienia od wymierzenia mu kary.

"W zamian za to złagodzenie kary, on opowie o dwóch przestępstwach"

Wassermann zwróciła uwagę, że w pierwszych sześciu miesiącach tymczasowo aresztowany "chce iść na współpracę, w zamian za to, żeby opuścić areszt". Jej zdaniem, w taki sposób zachował się Marcin P.

On zaproponował, że w zamian za to złagodzenie kary, on opowie o dwóch przestępstwach. I opowiedział rzeczywiście o dwóch przestępstwach. Jedno to była kwestia Michała Tuska i jego dostępu do informacji poufnych na lotnisku. A drugie przestępstwo dotyczyło płatnej protekcji. Chodziło o to, że Marcin P. wręczał łapówkę urzędnikom w Gdańsku w zamian za zmianę miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego - powiedział.

W jej ocenie, Marcin P. "dość szczegółowo opisał te oba przestępstwa, natomiast prokuratura ani jednej, ani drugiej sprawy nie zechciała poprowadzić". W związku z tym był to czytelny sygnał dla Marcina P., że prokurator nie jest zainteresowany jego współpracą i tym, aby on opowiadał o innych przestępstwach - oceniła.

Była przewodnicząca sejmowej komisji śledczej dodała, że "Marcin P. później takiej próby nie podejmował". Dzisiaj już przebywa w zakładzie karnym dziewiąty rok, więc prawdopodobieństwo, że chciałby rozmawiać i wyjawiać, pewnie jest mniejsze. Aczkolwiek ja nie znam przebiegu i tego, co jest w aktach aktualnie toczącego się śledztwa, więc nie będę się na ten temat wypowiadać - zaznaczyła.

Polityk była też pytana, czy syn premiera Tuska Michał Tusk mógł mieć świadomość, że "gwarantował bezkarność i spokojne finansowanie, działanie spółki Amber Gold i linii OLT Express", czy też "być może został bardzo sprytnie przez grupę biznesowo-przestępczą wprowadzony do tej spółki Amber Gold, aby była nie do ruszenia".

Trudno mi odpowiadać za to, czego on był świadomy - odparła Wassermann. Odniosła się jednak do "szeregu dowodów, które zostały przeprowadzone, które są jakby tutaj bezsporne".

Uważam, że Michał Tusk gwarantował Marcinowi P. tę bezkarność. To zostało wykazane szeregiem dowodów. Między innymi na to wskazywali świadkowie. I to byli zarówno pracownicy tych spółek lotniczych, jak i osoby, które rozmawiały z Marcinem P., że jedną z pierwszych informacji jaką Marcin P. podawał swojemu rozmówcy, to był fakt, że u niego pracuje syn premiera. I to miało powodować odpowiedni efekt u tego rozmówcy, który miał sobie zdawać sprawę z tego, jak duże siły stoją za Marcinem P. i oczywiście to go bardzo mocno uwiarygodniało w oczach tych kontrahentów - powiedziała.

"Marcin P. prowadził kreatywną księgowość"

Pytana, czy są jakieś tropy, gdzie może znajdować się złoto z Amber Gold, które jednak w jakiejś części zostało zakupione, posłanka przyznał, że sztaby złota działają na wyobraźnię, ale - jak podkreśliła - "poza złotem, którego było za kwotę około 10 milionów (złotych) - parę procent w stosunku do lokat, rozmawiamy o ogromnej, żywej gotówce".

Udało się odtworzyć 850 milionów (złotych), ale Marcin P. prowadził kreatywną księgowość, (...) kiedy chciał, to zmieniał dane w systemie księgowym. Więc trudno się na tym opierać. Te pieniądze były odtwarzane na podstawie przelewów, czy kont bankowych, a nie na podstawie tego, że można było cokolwiek z księgowości Marcina P. w tym zakresie przeczytać - powiedział.

Według niej, "nie ma bardzo dużo pieniędzy, nie ma gotówki". Zwróciła uwagę, że nie wiadomo też, ile pieniędzy zostało "wypranych".

Zanim (Marcin P.) wszedł w linie lotnicze, gdzie rzeczywiście te pieniądze palił, a w zasadzie palił polski LOT, to on inwestował w nieruchomości. (...) To akurat wiemy w wyniku dziennikarskiego śledztwa, to nie było przedmiotem naszych prac, że (Marcin P.) wykupował te nieruchomości w tych samych osiedlach, albo nawet w tych samych budynkach, w których kupowali czołowi politycy Platformy Obywatelskiej w Gdańsku. (...) Był to zbieg okoliczności, lub nie - powiedziała posłanka.

Według niej, Marcin P. "może posiadać bardzo dużo pieniędzy", ale też bardzo ważne dla niego być to, że "może najnormalniej w świecie bać się o swoje życie, ewentualnie swojej rodziny".