Chodzi o poselski projekt ustawy o polityce prorodzinnej jednostek samorządu terytorialnego "Samorząd dla Rodziny", który trafił do Sejmu na początku stycznia. Propozycja PiS nakłada na samorządy obowiązek opracowania "programów polityki prorodzinnej" oraz daje możliwość powołania lokalnych rad ds. rodziny, mających "charakter konsultacyjny, doradczy i inicjatywny", a także rzecznika ds. rodziny. Celem projektu jest - jak napisano w uzasadnieniu - "ułatwienie i usprawnienie realizacji zadań własnych samorządów terytorialnych w zakresie polityki prorodzinnej, a przez to otoczenie lepszą ochroną i opieką polskich rodzin". Projekt został skierowany do pierwszego czytania w komisjach.

Reklama

Projekt niepokoi Koalicję Obywatelską. Wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska oceniła, że jest on niebezpieczny, ponieważ może ograniczać prawa i wolności obywatelskie. "Ta ustawa nie została skonsultowana z samorządowcami. Narzuca kolejne zadania dla samorządów, bardzo dziwne, bo w każdej gminie będzie pełnomocnik ds. rodziny (w projekcie jest mowa o rzeczniku - PAP), taki strażnik moralności, który będzie zbierał informacje o tym, jak żyją ludzie, jak wychowywane są dzieci" - powiedziała posłanka KO.

Gabriela Lenartowicz skrytykowała z kolei definicję "rodziny", którą zawarto w projekcie PiS ("wspólnota osób związanych pokrewieństwem, powinowactwem, przysposobieniem lub związkiem małżeńskim"). - Czyli rodziną już nie jest wspólnota, która wychowuje dzieci bądź żyje wspólnie - ta definicja nie była nigdy ostra. Nie jest rodziną np. związek partnerski, który nie ma ślubu cywilnego - wskazała posłanka KO.

Zwróciła ponadto uwagę, że w projekcie PiS jest mowa o współpracy samorządów z "prorodzinnymi organizacjami pozarządowymi". - Cóż to jest ta "prorodzinna organizacji pozarządowa"? To jest taka organizacja, która wśród swoich celów statutowych wymienia działalność na rzecz małżeństwa (...) i posiada udokumentowane doświadczenie w realizacji projektów na rzecz rodziny. Czyli mamy w sposób czysty wprowadzenie organizacji, które w tej chwili już są bardzo kontrowersyjne, ale działają na tej niwie - powiedziała Lenartowicz.

Ona również uważa, że samorządowy rzecznik ds. rodziny będzie "strażnikiem moralności", czy wręcz "inkwizytorem" w lokalnej społeczności. "Ale to jeszcze nie wszystko. Dodatkowym elementem jest to, że każda uchwała rady gminy, każda decyzja będzie weryfikowana przez komisję właściwą do tych spraw, specjalnie powołaną, bądź rewizyjną co do zgodności z tym programem, którego pilnuje ten rzecznik ds. rodziny" - przestrzegała posłanka Koalicji.

W jej ocenie projekt PiS jest "kuriozalny", narusza przepisy konstytucji, podstawowe prawa i wolności człowieka.

Reklama

Z zarzutami posłanek KO nie zgadza się poseł PiS Piotr Uściński, wskazany w projekcie jako osoba reprezentująca wnioskodawców. - Zarzut o niekonstytucyjności to jakieś zupełne nieporozumienie, ponieważ ten projekt powstał właśnie w oparciu o konstytucję. Chodzi o to, żeby zapewnić samorządom możliwość realizacji jej przepisów - przekonywał polityk w rozmowie z PAP.

Jak dodał, do zadań własnych samorządów należy m.in. polityka prorodzinna. - Chcemy, żeby samorządy mogły prowadzić tę politykę w sposób kreatywny, wolnościowy. Nie chcemy im nic narzucać, jak mają tą politykę robić, natomiast chcemy im stworzyć możliwości, żeby realizowały w zgodzie z konstytucją - zaznaczył Uściński.

Polityk nie zgodził się też z zarzutami Kidawy-Błońskiej i Lenartowicz dotyczącymi wykluczenia w definicji "rodziny" par, które nie mają ślubu. "Nie wykluczamy innych rodzin, przecież jeżeli para żyje w konkubinacie i ma dziecko, to łączą ich więzy krwi, więzy pokrewieństwa" - wskazał poseł PiS.