25 grudnia 1979 roku wojska sowieckie wkroczyły do Afganistanu. Operacja miała być krótką, precyzyjną misją pokojową podporządkowującą kraj ZSRR, a przekształciła się w niemal dziesięcioletnią krwawą wojnę. Przez Afganistan przewinęło się około 620 tys. żołnierzy. Zginęło - według nieoficjalnych danych - 30 tys. Ilu popadło w narkomanię i alkoholizm? Nie wiadomo.

Reklama

STANISŁAW RAJEWSKI: Co pan robił, kiedy wybuchła wojna w Afganistanie?
NIKOŁAJ PROKUDIN*: Miałem 18 lat i zacząłem służbę w armii. Siedziałem w koszarach i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę na nią pojechać.

Dlaczego?
Bo nikt wtedy nie wiedział, że w Afganistanie się walczy. Pamiętam, że w jednej z gazet znalazłem krótką notkę o wprowadzeniu wojsk do tego kraju. I to koniec. Przez następne lata prasa milczała o wojnie. Czasami pojawiała się informacja, że sowieccy żołnierze sadzą tam drzewa, budują drogi i mosty czy też odbudowują meczety dla Afgańczyków. Nic ponad to. Blokada informacyjna. Dopiero po dwóch latach, kiedy byłem w szkole oficerskiej, odwiedził nas jeden z żołnierzy tzw. islamskiego batalionu, który w grudniu 1979 r. chronił pałac prezydencki Hafizullaha Amina. 27 grudnia, kiedy oddziały specjalne "Zenit" i "Alfa" zaatakowały siedzibę afgańskiego przywódcy, ochrona stawiła im opór. Żołnierz, którego poznałem, stracił wtedy rękę. Dopiero od niego dowiedziałem się, że w Afganistanie zajmujemy się nie tylko budową przedszkoli. Co tam się dzieje, właściwie wiedzieli tylko krewni tych, którzy zginęli. Pogrzeb musiał odbyć się szybko, potajemnie. Większość ludzi nie miała o niczym pojęcia. Kiedy na przełomie 1987 i 1988 jechałem pociągiem, ktoś zapytał, gdzie tak się opaliłem. Odpowiedziałem mu, że wróciłem z Afganistanu. Był oburzony, że kłamię, bo przecież partia zapewnia, że wojsk tam nie ma.

Jak pan właściwie trafił do Afganistanu?
Chciano mnie wyrzucić ze szkoły oficerskiej za niesubordynację. Żeby się ratować, napisałem prośbę o wysłanie do Afganistanu. Myślałem też, że na wojnie zawsze łatwiej awansować. Trafiłem na dwa lata do piechoty. Powitanie było dosyć osobliwe. O mało przez głupotę nie zastrzelił mnie zastępca dowódcy naszego oddziału: odczepił magazynek, przyłożył mi lufę do głowy i mówi, że lubi strzelać do nowych. Taki żart. Pociągnął za spust, a ja w ostatniej chwili odruchowo odsunąłem głowę w bok. Okazało się, że jeszcze jeden nabój był w lufie. Sam kraj zrobił na mnie wrażenie dzikiego. W Kabulu małe gliniane domki ściśnięte wzdłuż ulic jak kurniki czy ule. Upał, brud i roje much. Czułem się, jakbym przeniósł się do średniowiecza.

czytaj dalej

Reklama



Reklama

A sama wojna?
Wiele razy traciłem nadzieję i byłem pewien, że to koniec. Któregoś razu w dolinie Pandższiru wyskakiwaliśmy ze śmigłowców, kiedy zaatakowali nas mudżahedini. Czterem helikopterom udało się uratować i odlecieć, jeden został zestrzelony, a my musieliśmy ratować tych z wraka maszyny i walczyć z przeciwnikiem. Czołgaliśmy się po ziemi, wyciągając naszych żołnierzy z rozpadlin skalnych, a w tym czasie duszmani strzelali do nas z ckm-ów. Po jednej takiej serii kule przeorały ziemię dosłownie kilka centymetrów ode mnie. Wystarczyłoby, żeby lufa karabinu ustawionego kilometr od nas drgnęła o milimetr, i zostałyby ze mnie strzępy. Przez cztery dni odpieraliśmy ataki bojowników, śmigłowce zabrały rannych, a my wyruszyliśmy w dół, do doliny. Porzuciliśmy zbędny sprzęt, dźwigaliśmy tylko ciało zabitego i sześciu rannych. A tam natknęliśmy się na kolejną zasadzkę.

Pewnego razu wysłano nas na pomoc oddziałowi rozbitemu przez mudżahedinów. Pomogliśmy im wsiąść do śmigłowców i w tym momencie zostaliśmy otoczeni przez tzw. czarnych wilkołaków, doskonale wyszkolonych mudżahedinów, których nazywaliśmy "afgańskim specnazem". Broniliśmy się do wieczoru. Kończyła nam się już amunicja, kiedy nadeszła burza śnieżna. Uratował nas śnieg. Duszmani mieli dość walki i wycofali się. Tym bardziej że zabiliśmy ich dowódcę i 19 szeregowych. To, że się nam udało, zakrawało na cud. Było nas 40 przeciwko 200. I nikt z naszych nie zginął, tylko poodmrażali sobie nogi.

Miał pan żonę, kiedy to się działo?
Miałem, odeszła w czasie wojny. Nawet za bardzo nie tęskniłem, bo ten, kto za mocno tęskni i zbytnio się przejmuje, raczej długo nie pożyje na wojnie. Może to banalne, ale na wojnę należy iść wesoło. Wtedy jest szansa, że się wróci cało do domu.

Co robili żołnierze, którzy wracali z zadania do bazy?
Żadnych rozrywek nie przewidziano, wyłącznie ćwiczenia. Nie mieliśmy nawet wolnych dni, dowódcy krzyczeli, że na froncie takie się nie należą. Oczywiście w kantynie sztabu lody i koniak były dostępne. My na bardziej wysuniętych placówkach mogliśmy ewentualnie mieć opium i heroinę. Wielu kolegów po powrocie do domów zmarło z przedawkowania. Ja po powrocie poczułem ulgę, ale po pewnym czasie zacząłem męczyć się tym pokojowym życiem, intrygami, złośliwościami i niejednoznacznymi zasadami. Byłem odmieńcem. Parę razy chciałem rzucić wszystko i wrócić.

czytaj dalej



Jaki dziś Rosjanie mają stosunek do tamtej wojny w Afganistanie?
Większości już to w ogóle nie interesuje. Inni próbują ją przedstawiać jako obronę rubieży świata chrześcijańskiego, dowartościowywać się, mówiąc, że byliśmy mądrzejsi niż Amerykanie, którzy dopiero w 2001 r. zorientowali się, jakie niebezpieczeństwo dla zachodniej cywilizacji zaczaiło się pod Hindukuszem. My niby dużo wcześniej zorientowaliśmy się, że należy walczyć z islamskim fundamentalizmem. A prawda jest taka, że na dobrą sprawę to właśnie my byliśmy tymi, którzy przyczynili się do powstania i rozwoju islamskiego fundamentalizmu w tej postaci, w jakiej go dzisiaj znamy. Amerykanie, szkoląc mudżahedinów w Pakistanie, też mieli swój udział w pojawieniu się ich najbardziej zażartych dziś wrogów.

Myśli pan, że da się wygrać wojnę w Afganistanie?
Tam od trzech pokoleń dzieci nie chodzą do szkoły, więc ludzie nie umieją nic, oprócz zabijania. Od trzech pokoleń trwa tam wojna. W jaki sposób ich zresocjalizować? Afgańczycy z pozoru chętnie uczestniczą we wszystkich pięknie brzmiących programach oferowanych przez zachodnie organizacje. Pozbywają się przy tym na pokaz starej broni. A za pieniądze, które dostają na szkoły, kupują sobie nową. Kiedy zaczynaliśmy wojnę, Afgańczycy byli uzbrojeni w XIX-wieczne brytyjskie strzelby. Szybko zdobyli nowoczesne karabiny, granatniki i ckm-y.

Gdyby mógł pan cofnąć czas, zgłosiłby się pan jeszcze raz do Afganistanu?
Wiedząc, że wrócę żywy, pewnie tak. Chociaż z drugiej strony, gdyby tej wojny nie było, Afganistan byłby dziś lepszym miejscem. Być może byłby nawet normalnym państwem.

*Nikołaj Prokudin, major rezerwy armii rosyjskiej, walczył w Afganistanie w latach 1985-1987