Dziewczyny dające kwiaty żołnierzom, ludzie, którzy robią sobie zdjęcia na tle czołgów i dzieci wspinające się na wojskowe pojazdy. Nikt nie przypuszczałby, że wojsko jest na ulicach, by pilnować spokoju po wojskowym zamachu stanu. Bo życie w Tajlandii toczy się normalnie. Ludzie chodzą po ulicach, robią zakupy, wesoło żartują ze znajomymi. Wydaje się, że nikt nie zwraca uwagi na żołnierzy.
Oczywiście, wojskowa junta od razu wprowadziła zakaz organizowania politycznych demonstracji, czy zamyka wszystkie media, lojalne wobec obalonego premiera, Thaksina. Prokurator generalny wszczął też śledztwo w sprawie oskarżeń obalonych władz o korupcję. Dlatego były premier siedzi w Londynie i nie ma nawet zamiaru wrócić do Tajlandii, by wezwać swych sojuszników do walki. Wie, że gdy tylko postawi stopę na lotnisku w Bangkoku, trafi za kratki.
Wydaje się, że obalone władze pogodziły się więc z porażką. Czekają na obiecane, przyszłoroczne wybory, by znów przejąć ster państwa. To jednak będzie trudne, bo jeśli wojskowym uda się wyplenić korupcję i naprawić gospodarkę, to nie ma szans, by ktokolwiek zagłosował na Thaksina i jego kumpli.