Nowa Zelandia i Chiny stanęły za przeciwnikami Kim Dzong Ila. Wezwały twardo, by nawet nie myślał o przeprowadzeniu jakichkolwiek testów broni jądrowej. Z ostatnich doniesień wynika, że udział Chin w proteście sprawił, że koreański dyktator zaczyna mięknąć.
Bo wreszcie się okazało, czemu Kim od kilku dni pręży muskuły. Chce po prostu, by Amerykanie zdjęli sankcje, bo gospodarka Korei ledwo wiąże koniec z końcem. Uznał, że najlepszym sposobem, by zmusić Busha do negocjacji, jest straszak atomowy. I zagroził testem swej bomby atomowej.
Ale się przeliczył. Bo Amerykanie już zapowiedzieli, że z Koreą mogą rozmawiać, ale pod warunkiem całkowitej rezygnacji z budowy broni atomowej i wprowadzeniu demokracji. Do tego rozmowy mogą się toczyć tylko pomiędzy Koreą a tzw. grupą sześciu czyli: USA, Japonią, Chinami, Koreą Południową, Rosją i Nową Zelandią. Inne negocjacje Waszyngton stanowczo wyklucza.
Wychodzi na to, że jedyne, co Kim osiągnął, to nerwy Pekinu, swojego odwiecznego sprzymierzeńca. Chińczycy już zapowiedzieli: jeśli Kim się uprze i przeprowadzi testy, Korea może zapomnieć o jakiejkolwiek pomocy od Państwa Środka. I nic dziwnego. Chiny obawiają się, że promieniowanie po wybuchu bomby sięgnie ich terytoriów. Postawiły więc na szantaż Phenianu, bo ten bez chińskiego wsparcia zostanie bez środków do życia.