Południowokoreańscy szpiedzy sfotografowali na północnokoreańskim poligonie - jak to określono - podejrzane działania 40 osób. Wygląda na to, że to przygotowania do kolejnego podziemnego
testu bomby atomowej. Co gorsza, wywiadowcy twierdzą, że Phenian zgromadził zapasy plutonu, z którego można wyprodukować aż siedem takich bomb.
Tymczasem burza po pierwszym w historii teście broni jądrowej w Korei Płn. trwa. Biały Dom nazwał próbę prowokacją i zażądał reakcji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Najostrzejsze zdanie to
porównanie próby atomowej do wypowiedzenia wojny.
Pierwsza niepotwierdzona informacja o próbie obiegła świat tuż po 5.00 polskiego czasu. Nadała ją południowokoreańska agencja Yonhap. Kilka minut później północnokoreański reżim
pochwalił się, że przeprowadził podziemny test bomby atomowej. Historyczna próba, jak nazwała to służalcza agencja prasowa Kim Dzong Ila, została przeprowadzona z zastosowaniem
"całkowicie rodzimych technologii i wiedzy".
Sukcesu Korei Północnej dość długo nie potwierdzały oficjalnie służby innych krajów. Ale w końcu potwierdziły. "Był to na sto procent podziemny wybuch atomowy" -
powiedział generał Władimir Wierchowcew z Ministerstwa Obrony Rosji.
Wybuch dało się poczuć na własnej skórze w sąsiednich krajach. W Korei Południowej odczuwalny był wstrząs o sile 3,58 st. w skali Richtera. Choć Phenian zapewnia, że próba była
bezpieczna, Korea Południowa nie wierzy w te zapewnienia. Jej prezydent - Ro Mu Hiun - od razu zwołał naradę swych doradców ds. bezpieczeństwa. Przybył na nią także japoński premier Shinzo
Abe.
Pytanie, jak zareagują inne kraje. Świat miał nadzieję, że Kim Dzong Il pójdzie po rozum do głowy i zrezygnuje z prób. On jednak zdecydował inaczej.