Pięć tysięcy ptaków nagle padło w Australii. Na razie nie wiadomo, co zabiło dziki drób. Naukowcy dotychczs ustalili, że nie była to ptasia grypa.
W Esperance, na południowym zachodzie kontynentu, po niebie nie krążą już chmary ptaków, nie słychać też żadnych treli. Bo większość z tego, co fruwało, już padło. Martwe zwierzaki to głównie malutkie ptaszki żywiące się nektarami i owadami, tylko niewielka część to mewy.
Coś zabija je od połowy grudnia. Władze szukają przyczyn, na razie wiedzą jedynie, że to na pewno nie ptasia grypa ani inne popularne choroby ptactwa. Podejrzenia padają na toksyny przemysłowe albo rolnicze, ewentualnie mało znaną bakterię.
W tym tygodniu w Austin, w amerykańskim Teksasie, znaleziono 63 martwe ptaki. Władze natychmiast zamknęły całe centrum biznesowe. Bo obawiały się, że to, co zabiło ptaki, może także zaszkodzić ludziom.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|