Coraz głośniej mówi się też, że prezydent jest gotów na rozwiązanie parlamentu i rozpisanie przedterminowych wyborów.



"To nie jest już bitwa dwóch ambitnych polityków, to wojna o przyszłość Ukrainy. Czy będzie taka, o jaką walczyliśmy trzy lata temu podczas pomarańczowej rewolucji? Czy też będzie to Ukraina prorosyjska, taka, jaka była za rządów prezydenta Kuczmy, gdy jego premierem był Janukowycz?" - mówi DZIENNIKOWI Andrij Szkil, deputowany opozycyjnej partii BjuTy.



Jako pierwsi już wczoraj pojawili się na Majdanie sympatycy Naszej Ukrainy, partii prezydenta Juszczenki, i ponownie współpracującej z nią BJuTy, czyli ugrupowania byłej premier Julii Tymoszenko. Od rana budowali dla swoich liderów sceny i ozdabiali plac pomarańczowymi balonikami i flagami. Zwolennicy Partii Regionów premiera Janukowycza byli mniej widoczni. W samym Kijowie nie ma ich zbyt wielu i tradycyjnie będą musieli być dowiezieni do stolicy autokarami ze wschodu kraju. Ale przywódcy ugrupowania podkreślają, że wszystko jest już zapięte na ostatni guzik i dziś z pewnością w Kijowie będą tysiące zwolenników premiera.



Opozycja zdecydowała się wyjść na ulice, by pokazać rządowi swoją siłę i uniemożliwić Partii Regionów przejęcie całkowitej kontroli nad państwem. Ugrupowanie Wiktora Janukowycza ma już zdecydowaną większość w parlamencie i jedynym liczącym się przeciwnikiem pozostał dla niej prezydent i jego otoczenie. Dlatego, by ograniczyć wpływy Juszczenki, Partia Regionów systematycznie kaptuje opozycyjnych deputowanych. Ostatnio sprzymierzyła się z nią grupa posłów związanych z Anatolijem Kinachem, którego szef rządu kupił ministerialną posadą - szefa resortu gospodarki.



Ta rozgrywka ma jeden cel: Partia Regionów chce mieć taką większość w Radzie Najwyższej, by móc obalać prezydenckie weto i zmieniać konstytucję. "Gdyby do tego doszło, to prezydent Juszczenko straciłby jakikolwiek wpływ na politykę i jego rola sprowadzałaby się już tylko do witania zagranicznych gości i uśmiechania się na oficjalnych bankietach. Być może Janukowycz pokusiłby się nawet o zlikwidowanie stanowiska prezydenta" - zastanawia się w rozmowie z DZIENNIKIEM Ołeksandr Suszko, szef kijowskiego Centrum Polityki Zagranicznej i Reform.