Wizyta lidera niemieckich socjalistów Kurta Becka w Afganistanie zakończyła się odpaleniem bomby dyplomatycznej - pisze DZIENNIK. Złożył propozycję, jaka jeszcze nie przeszła przez usta żadnemu zachodniemu politykowi: czas zacząć negocjacje z talibami.
"Należy rozważyć możliwość zwołania konferencji pokojowej, która doprowadzi do pojednania Afgańczyków. Niemcy mogłyby gościć uczestników takiego
spotkania" - powiedział Beck na zakończenie poniedziałkowej wizytacji 2750 żołnierzy Bundeswehry, stacjonujących w prowincji Helmand.
Gdy lider SPD ogłaszał kontrowersyjną propozycję, do Afganistanu leciało właśnie kolejnych 200 niemieckich żołnierzy, których przysłanie po długich targach wymogło na Berlinie NATO. Już za kilka dni będą walczyć z talibami; od kilku tygodni Sojusz prowadzi bowiem w Helmandzie operację przeciwko rebeliantom pod kryptonimem Achilles. Słowa Becka zabrzmiały więc dla większości niemieckich polityków jak prowokacja, bo stawiają pod znakiem zapytania sens obalenia reżimu mułły Omara i talibów w 2001 roku.
Współrządzący Niemcami chadecy nie zostawili na pomyśle suchej nitki. "Partnerem do rozmów nie może być ktoś, kto robi z Afganistanu cmentarz dla naszych żołnierzy" - skomentował propozycje rozmów z talibami polityk CSU, Karl-Theodor zu Guttenberg, w dzienniku "Financial Times Deutschland". Padały też zarzuty, że Beck uprawia "polityczne awanturnictwo", a propozycja jest "kompletnie nieprzemyślana".
"Gdyby chadeków nie obowiązywała powściągliwość wobec współkoalicjanta, ich słowa byłyby dużo ostrzejsze, bo ta propozycja to kompletny absurd" - mówi DZIENNIKOWI publicysta i były doradca niemieckiego rządu ds. polityki zagranicznej Michael Stürmer. "Kurt Beck to polityk zaprawiony w wewnątrzniemieckich bojach politycznych, ale kompletny żółtodziób, jeśli chodzi o dyplomację" - uważa Stürmer.
Gdy lider SPD ogłaszał kontrowersyjną propozycję, do Afganistanu leciało właśnie kolejnych 200 niemieckich żołnierzy, których przysłanie po długich targach wymogło na Berlinie NATO. Już za kilka dni będą walczyć z talibami; od kilku tygodni Sojusz prowadzi bowiem w Helmandzie operację przeciwko rebeliantom pod kryptonimem Achilles. Słowa Becka zabrzmiały więc dla większości niemieckich polityków jak prowokacja, bo stawiają pod znakiem zapytania sens obalenia reżimu mułły Omara i talibów w 2001 roku.
Współrządzący Niemcami chadecy nie zostawili na pomyśle suchej nitki. "Partnerem do rozmów nie może być ktoś, kto robi z Afganistanu cmentarz dla naszych żołnierzy" - skomentował propozycje rozmów z talibami polityk CSU, Karl-Theodor zu Guttenberg, w dzienniku "Financial Times Deutschland". Padały też zarzuty, że Beck uprawia "polityczne awanturnictwo", a propozycja jest "kompletnie nieprzemyślana".
"Gdyby chadeków nie obowiązywała powściągliwość wobec współkoalicjanta, ich słowa byłyby dużo ostrzejsze, bo ta propozycja to kompletny absurd" - mówi DZIENNIKOWI publicysta i były doradca niemieckiego rządu ds. polityki zagranicznej Michael Stürmer. "Kurt Beck to polityk zaprawiony w wewnątrzniemieckich bojach politycznych, ale kompletny żółtodziób, jeśli chodzi o dyplomację" - uważa Stürmer.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|