Angela Merkel jest u szczytu popularności. Jeszcze kilka miesięcy temu większość Niemców była niezadowolona z pierwszej kobiety w fotelu kanclerza. Wystarczyło parę spektakularnych sukcesów na arenie międzynarodowej, by Niemcy uznali, że kochają swoją przywódczynię - pisze DZIENNIK.
Podbił ich serca sposób, w jaki w Berlinie zorganizowano obchody 50-lecia traktatów rzymskich, "Angie" zarobiła też punkty,
"zmiękczając" Lecha Kaczyńskiego i kończąc lodowatą schröderowską epokę w stosunkach Polska - Niemcy. Przede wszystkim jednak oczarowała ich, gdy w czasie wizyty w
Izraelu zachęciła premiera Ehuda Olmerta do zaproponowania Arabom wielostronnej konferencji pokojowej.
Niemcy są jednym z najbardziej internacjonalistycznych społeczeństw Europy, żyją światowymi wydarzeniami i łakną takich sukcesów. Podoba im się, że nowa kanclerz łączy kompromisowość z pryncypialnością. Nie zamyka się na Rosję i Amerykę, ale mimo to krytykuje Putina za "szantaż gazowy", a do George’a W. Busha apeluje o zamknięcie obozu w Guantanamo.
Sondaż niemieckiej telewizji jest ukoronowaniem jej sukcesów: 70 proc. Niemców deklaruje sympatię dla pani kanclerz. Merkel zdetronizowała tym samym dotychczasowego lidera sondaży popularności, szefa niemieckiej dyplomacji Franka-Waltera Steinmeiera.
"Niemcom bardzo podoba się to, że ich przywódca to znów jedna z najpotężniejszych osób na ziemi, z której zdaniem liczą się wszyscy" - mówi DZIENNIKOWI publicysta poczytnego magazynu "Stern" Hans-Peter Schütz.
To dla Niemców zupełnie nowa sytuacja. Ich społeczeństwo żyje problemami globalnymi, ale przez dziesięciolecia przyzwyczaiło się, że o kształcie światowej polityki decyduje Waszyngton, Londyn, Moskwa i czasami Paryż. Gerhard Schröder próbował co prawda aktywnej polityki w czasie wojny w Iraku, ale efektem jego antyamerykańskiej postawy było jedynie podzielenie Europy i uściski z łamiącym prawa człowieka Putinem. "Merkel zrozumiała, że Niemcy w pojedynkę nic w polityce globalnej nie zdziałają. Potrzebny jest powrót do roli silnika UE" - mówi DZIENNIKOWI politolog Günther Hellmann.
Okazja spadła jak z nieba. Na początku roku Republika Federalna przejęła przewodnictwo w UE, a kanclerz Merkel uzyskała pole do popisu. Cel był ambitny: próba ożywienia eurokonstytucji, martwej od przegranych w 2005 r. referendów we Francji i Holandii.
To nie Jacques Chirac, Tony Blair czy Romano Prodi, ale właśnie pochodząca z byłego NRD 52-letnia kanclerz stała się naturalnym liderem Europy. Tym bardziej gdy w Deklaracji Berlińskiej udało jej się ożywić nadzieje na wypracowanie konstytucyjnego kompromisu.
Niemcy są jednym z najbardziej internacjonalistycznych społeczeństw Europy, żyją światowymi wydarzeniami i łakną takich sukcesów. Podoba im się, że nowa kanclerz łączy kompromisowość z pryncypialnością. Nie zamyka się na Rosję i Amerykę, ale mimo to krytykuje Putina za "szantaż gazowy", a do George’a W. Busha apeluje o zamknięcie obozu w Guantanamo.
Sondaż niemieckiej telewizji jest ukoronowaniem jej sukcesów: 70 proc. Niemców deklaruje sympatię dla pani kanclerz. Merkel zdetronizowała tym samym dotychczasowego lidera sondaży popularności, szefa niemieckiej dyplomacji Franka-Waltera Steinmeiera.
"Niemcom bardzo podoba się to, że ich przywódca to znów jedna z najpotężniejszych osób na ziemi, z której zdaniem liczą się wszyscy" - mówi DZIENNIKOWI publicysta poczytnego magazynu "Stern" Hans-Peter Schütz.
To dla Niemców zupełnie nowa sytuacja. Ich społeczeństwo żyje problemami globalnymi, ale przez dziesięciolecia przyzwyczaiło się, że o kształcie światowej polityki decyduje Waszyngton, Londyn, Moskwa i czasami Paryż. Gerhard Schröder próbował co prawda aktywnej polityki w czasie wojny w Iraku, ale efektem jego antyamerykańskiej postawy było jedynie podzielenie Europy i uściski z łamiącym prawa człowieka Putinem. "Merkel zrozumiała, że Niemcy w pojedynkę nic w polityce globalnej nie zdziałają. Potrzebny jest powrót do roli silnika UE" - mówi DZIENNIKOWI politolog Günther Hellmann.
Okazja spadła jak z nieba. Na początku roku Republika Federalna przejęła przewodnictwo w UE, a kanclerz Merkel uzyskała pole do popisu. Cel był ambitny: próba ożywienia eurokonstytucji, martwej od przegranych w 2005 r. referendów we Francji i Holandii.
To nie Jacques Chirac, Tony Blair czy Romano Prodi, ale właśnie pochodząca z byłego NRD 52-letnia kanclerz stała się naturalnym liderem Europy. Tym bardziej gdy w Deklaracji Berlińskiej udało jej się ożywić nadzieje na wypracowanie konstytucyjnego kompromisu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|