Z balkonów Ankary zwisają tureckie flagi, a ludzie krzyczą: "Precz z islamistami". Do protestujących wciąż dołączają kolejni, a prywatne telewizje szacują, że wkrótce może się pojawić nawet dwa razy tyle demonstrantów. Wszyscy idą w kierunku mauzoleum Ataturka, gdzie leży ciało przywódcy nowoczesnej, świeckiej Turcji.
Nikt nie wierzy premierowi Erdoganowi, że - gdy zostanie prezydentem - nie wprowadzi prawa koranicznego, szariatu. Bo Turcy widzą, co robi rządząca partia - w wielu gminach wprowadzono zakaz handlu alkoholem, zmusza się kobiety, by zakrywały głowy, a parlament chciał nawet zakazać związków bez ślubu.
Problem w tym, że prezydenta wybiera parlament, a tam zwolennicy Erdogana mają większość i mogą wybrać, kogo chcą. Tyle że to grozi puczem. Bo armia jasno zapowiedziała, że usunie każdego, kto będzie chciał zrobić z Turcji islamską republikę. A że w ciągu ostatnich 40 lat Turcja przeżyła trzy zamachy wojskowe, przeprowadzone po to, by do władzy nie dopuścić radykałów muzułmańskich, to scenariusz kolejnego buntu jest bardzo prawdopodobny.