Jean-Marc Morandini przekonywał na swoim blogu, że wcześniejsze ujawnienie wyników wcale nie zaszkodzi wyborom. Przywoływał poprzednie głosowanie, kiedy jedna z telewizji podała pierwsze rezultaty na 15 minut przed zamknięciem urn wyborczych. Wtedy też jedna z gazet zamieściła na swojej stronie link do zagranicznej witryny, na której były wyniki głosowania - oczywiście też przed 20.

"Pytanie nie powinno brzmieć, czy mam prawo publikować pierwsze rezultaty głosowania, ale czy normalne jest, że można je znaleźć o godz. 18 albo 19, wchodząc na stronę belgijskiej czy szwajcarskiej gazety, a nie na francuski blog" - pisał buntowniczy Francuz. Nie robił sobie nawet nic z faktu, że publikacja wyników oznacza złamanie prawa, co może się skończyć karą. "Oświadczam, że jeśli w niedzielę dotrę do wiarygodnych rezultatów (nie plotek, pogłosek), natychmiast przekażę je na tym blogu, nawet przed godz. 20" - zapowiadał na swoim blogu Guy Birenbaum. Ale po apelach innych blogerów się opamiętał. Podobnie jak Morandini.

Dlaczego? Jak wytłumaczyli – w tym roku liczba niezdecydowanych wyborców jest tak duża, że nie chcą odpowiedać za wpływanie w ostatniej chwili na rezultaty wyborów. Ale czy naperwno? Trudno w to wierzyć. Bardziej prawdopodobne jest, że jednak przestraszyli się kar. Bo za złamanie ciszy groziły im grzywny w wysokości do 75 tys. euro, czyli 300 tys. złotych.