Choć policja miała w nocy pełne ręce roboty, mundurowi oceniają, że ta noc była najspokojniejsza od trzech dni. Rosjanie po prostu demonstrowali - nie plądrowali sklepów, nie niszczono wszystkiego, co było na ulicach. Mimo to w samym Tallinie zatrzymano 150 osób. Kolejne 50 trafiło w ręce policji w Narwie - mieście leżącym w pobliżu granicy z Rosją.

W sumie jednak w czasie trzech dni starć policji z mniejszością rosyjską zatrzymano aż tysiąc osób, jedna osoba zginęła, a ponad 150 zostało rannych. Trwa liczenie strat - zdemolowane są sklepy, biura, samochody, przystanki.

Ze specjalnym telewizyjnym orędziem wystąpił premier Andrus Ansip. Demonstrantów nazwał chuliganami. "Jestem pewien, że ataki chuliganów na wszystko, co jest nam drogie - bezpieczeństwo naszych dzieci, naszą pamięć i naszą ojczyznę - jeszcze bardziej nas zjednoczy" - podkreślił.

Wszystko zaczęło się od pomysłu estońskich władz, by rozebrać radziecki pomnik i przenieść złożone w jego okolicy prochy żołnierzy na cmentarz wojskowy. Estończycy uznają postument za smutną pamiątkę po radzieckiej okupacji. A Rosjanie - za symbol sowieckiego zwycięstwa nad faszyzmem. A że mniejszośc rosyjska to w Estonii jedna trzecia mieszkańców, ich sprzeciw jest bardzo stanowczy i ma poparcie Moskwy.

Rosyjskie włądze zastanawiają się nad nałożeniem na Estonię sankcji gospodarczych. A Rada Federacji chce nawet serwania stosunków z tym krajem.