W najbliższy wtorek rozstrzygnie się los Baracka Obamy. Amerykańskie instytuty sondażowe są zgodne, że po wyborach 2 listopada Demokraci stracą większość w Izbie Reprezentantów i z wielkim trudem, jeśli w ogóle, utrzymają przewagę nad Republikanami w Senacie. Jeśli tak się stanie, Obama nie tylko nie będzie mógł przeprowadzić przez Kongres nowych, wielkich projektów legislacyjnych, które ukształtowałyby na nowo Stany Zjednoczone, ale może nawet mieć trudności z utrzymaniem przy życiu już wcześniej wprowadzonych reform. Stanie się jednym z wielu miałkich przywódców USA, choć jeszcze niedawno porównywano go z wielkimi reformatorami: Franklinem D. Rooseveltem czy Woodrowem Wilsonem.

– Kolejne zmiany planowane przez Obamę, jak choćby zmiana polityki imigracyjnej, będą musiały poczekać na ewentualną reelekcję prezydenta w 2012 roku. Oczywiście, o ile w ogóle do niej dojdzie, co obecnie wydaje się bardzo wątpliwe – przyznaje w rozmowie z „DGP” David Bositis, ekspert powiązanego z Demokratami Joint Center for Political and Economic Studies w Waszyngtonie.

Wygląda więc na to, że właśnie ostatecznie pryska mit wielkiego reformatora, który zmieni Amerykę, postawi gospodarkę na nogi i da krajowi impuls do szybkiego rozwoju.

Barack Obama próbował odwrócić ten stan rzeczy, przemierzając Amerykę pod hasłem walki z powrotem polityki, która spowodowała największy kryzys finansowy od lat 30. – Cała ich kampania sprowadza się do amnezji – mówił w zeszłym tygodniu o Republikanach prezydent w wywiadzie dla telewizji ABC. – Musicie pamiętać, że będziecie wybierać między polityką, która doprowadziła nas do obecnego bałaganu, a strategią, która nas z niego wyprowadzi.

Obama ma na pewno wiele racji. Jednak większość Amerykanów znów stara się znaleźć kogoś, kto szybko wyprowadzi ich z kłopotów. I słuchają przede wszystkim Republikanów. – Jeśli jesteście zmęczeni wysokim bezrobociem, jeśli macie dosyć tych wszystkich przejęć przedsiębiorstw przez państwo i planów ratunkowych, właśnie po to są wybory – zagrzewa John Boehner, kandydat do Izby Reprezentantów z Ohio, który prawdopodobnie będzie następnym przewodniczącym republikańskiego klubu w izbie niższej amerykańskiego parlamentu.


Rachunek wysoki, efektów brak

Koszt polityki prowadzonej przez Baracka Obamę jest rzeczywiście ogromny. Amerykański dług publiczny urósł za jego kadencji do przeszło 15 bln dol. – równa się prawie 100 proc. PKB. Tak wielkich zobowiązań Stany Zjednoczone nie miały od przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku, kiedy państwo spłacało koszty prowadzenia II wojny światowej. Tym razem obciążenia są wynikiem z jednej strony ratowania przez państwo upadających banków, z drugiej wartego ok. 800 mld dol. planu stymulacyjnego Obamy.

Dziś jednak efekty tak ogromnych wydatków są coraz trudniejsze do zauważenia. Ceny domów w USA, zaczyn kryzysu w 2008 roku, znów zaczęły spadać, bo skończyły się specjalne linie kredytowe na pomoc w nabywaniu nieruchomości. Dziś działki w najbardziej atrakcyjnych miejscach Las Vegas, jedna z najlepszych miar kondycji amerykańskiego rynku, są wciąż o 60 procent tańsze niż przed kryzysem, zaś 25 proc. Amerykanów spłacających kredyty hipoteczne ma większe zobowiązania finansowe niż wartość nieruchomości, które nabyli.

Co gorsza, Obamie nie udało się obniżyć poziomu bezrobocia, które osiągnęło wyjątkowo wysoki jak na USA wskaźnik 10 proc. osób w wieku produkcyjnym. Większość ekspertów jest zgodna, że w chwili, gdy skończą się ostatnie środki z pakietu stymulacyjnego, gospodarka znów zacznie dreptać w miejscu.

Teoretycznie Obama bez większości w Kongresie nie jest przegrany. Znakomicie z republikańską większością radził sobie po dwóch latach rządów Bill Clinton. Potrafił lawirować, sprzedając swoje poparcie dla Republikanów w sprawach, które były dla nich ważne, w zamian za możliwość przeforsowania ustaw, na których jemu zależało. Za radą Clintona Obama właśnie szykuje się do takiego lawirowania. W tym celu mianował nowego szefa swojej administracji, doświadczonego Pete Rouse’a. Wymienił także całą swoją doradców ekonomicznych.

Jednak większość amerykańskich politologów jest zgodna, że strategia lawirowania aż do następnych wyborów prezydenckich w 2012 roku tym razem się nie uda. Nie są to już bowiem czasy prosperity lat 90. Przeciwnie, stan amerykańskiej gospodarki jest tak trudny, że wymaga zdecydowanych działań, a nie gry na czas. – Obama i Republikanie zgadzają się tylko w jednym: konieczności rozwiązania sytuacji w Afganistanie. W innych sprawach nie widzę możliwości porozumienia – mówi „DGP” Michael Coulter z konserwatywnego Grove City College.

Dlatego Obama może obawiać się już nie tylko blokady wszelkich nowych projektów ustawodawczych, ale także stopniowego rozmontowania reform przeprowadzonych w trakcie pierwszych dwóch lat swojej kadencji.

Chodzi przede wszystkim o ochronę zdrowia. Wprowadzając system, który obejmuje polisą ok. 50 mln najuboższych Amerykanów, Obama naruszył ogromne interesy finansowe potężnych towarzystw ubezpieczeniowych. Zmusił je do wprowadzenia zabezpieczeń nawet dla osób z poważnymi problemami zdrowotnymi. Wprowadził także konkurencyjny, państwowy system ubezpieczeń, który stopniowo powinien obniżyć rekordowe stawki za leczenie.


Republikańska alternatywa

Dla Republikanów przychodzi czas zemsty. Co prawda nawet po zdobyciu większości w Kongresie nie będą oni w stanie odwołać przyjętej w marcu 2010 roku reformy. Mogą jednak zablokować jej finansowanie. Objęcie polisą najuboższych Amerykanów będzie bowiem wymagało ok. 900 mld dotacji państwowych w ciągu najbliższych 10 lat.

Republikanie chcą także zdemontować inną wielką reformę Obamy – rynków finansowych. Prezydent poddał kontroli państwa niektóre instytucje finansowe, ustanowił także nowe urzędy, które mają kontrolować rynek kapitałowy. Jednak w programie „Pledge to America” Republikanie zapowiedzieli, że tak szybko, jak to będzie możliwe, doprowadzą do likwidacji kontroli państwa nad największymi kasami hipotecznymi kraju: Fannie Mae i Freddie Mac. Nie będą także przekazywać środków na finansowanie instytucji państwowych mających nadzorować Wall Street. W taki sam sposób Republikanie chcą zablokować wszelkie inne inicjatywy istotne dla prezydenta, jak choćby ustanowienie podatku od emisji dwutlenku węgla.

Przywódca republikańskiego klubu w Senacie Mitch McConnell nie ukrywa, że ostateczny cel jego partii sięga jeszcze dalej. Rzecz w tym, aby wszelkimi środkami nie dopuścić do reelekcji Obamy w 2012 roku. Aby to osiągnąć, niektórzy politycy republikańscy chcą nawet doprowadzić do zablokowania pracy administracji federalnej, jak to było pod koniec pierwszej kadencji Billa Clintona.

Barack Obama zaraz po wygraniu wyborów został ogłoszony nadzwyczajnym prezydentem. Nie tylko ze względu na kolor skóry, ale także niewątpliwą charyzmę, bezprecedensowe tempo kariery politycznej (w wielkiej polityce miał tylko dwuletni staż w Senacie) i ogrom pokładanych w nim nadziei u szczytu finansowego kryzysu.

Jeśli jednak Republikanom powiedzie się plan zablokowania dalszych inicjatyw ustawodawczych prezydenta, rozmontowania jego dotychczasowych reform oraz zablokowania reelekcji, Obama zostanie raczej zapamiętany jako meteoryt, ciekawostka w amerykańskiej historii, ale na pewno nie jako jeden z wielkich prezydentów Ameryki.

Jego poprzednik i mentor Bill Clinton poniósł co prawda porażkę tam, gdzie na razie Obama odnotował sukces – w reformowaniu systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Musiał także stawić czoła upokorzeniom po skandalu z Moniką Lewinsky i porażce amerykańskiego desantu w Somalii. Jednak pozostawił po sobie wiele fundamentalnych zmian, jak układ o wolnym handlu z Meksykiem i Kanadą (NAFTA), pokój na Bałkanach i poszerzenie NATO o Polskę, Czechy i Węgry.

Przede wszystkim jednak Obama nie może pretendować do tej samej ligi co wielcy demokratyczni prezydenci Ameryki: Woodrow Wislon i Franklin D. Roosevelt. Pierwszy nie tylko doprowadził do pokonania Niemiec w I wojnie światowej i ustanowienia pokoju w Wersalu, ale także przebudował w duchu postępowym Amerykę, tworząc m.in. system Rezerwy Federalnej, wprowadzając pierwszy progresywny podatek federalny czy upaństwowiając koleje. Z kolei FDR, najdłużej służący w Ameryce prezydent, jest nie tylko autorem zwycięstwa Stanów Zjednoczonych w II wojnie światowej, ale także programu New Deal, który poprzez regulację rynków kapitałowych, rozbudowę osłon socjalnych i inwestycji państwowych wyciągnął Stany Zjednoczone z największego kryzysu w historii. Nawet John F. Kennedy, który u władzy pozostał tylko trzy lata, został zapamiętany jako inicjator lotu na Księżyc, twardej polityki oporu wobec sowieckiej ekspansji (Kuba, Berlin) i początku ruchu na rzecz zrównania praw czarnej mniejszości.



Gdzie mu do Reagana

Obama nie może też się równać z Ronaldem Reaganem, ikoną kolejnych prezydentów republikańskich: George'a Busha i George'a W. Busha. Choć dziś ekonomiczne recepty Republikanów są podważane przez Biały Dom, Reagan zainicjował zupełnie nową strategię wzrostu: niskie podatki, mały budżet państwa, liberalizację przepisów regulujących działalność gospodarczą. „Reaganomics” dała początek jednemu z najdłuższych okresów szybkiego wzrostu gospodarczego w historii Stanów Zjednoczonych. Polityka narzucenia Związkowi Sowieckiemu wyścigu zbrojeń jest też powszechnie uważana za zasadniczą przyczynę upadku imperium zła i zakończenia zimnej wojny.

Barack Obama też ma na swoim koncie decyzje, których już nikt mu nie odbierze: ograniczenie do 50 tysięcy liczby żołnierzy w Iraku, zwiększenie ich kontyngentu w Afganistanie i podpisanie z Rosją kolejnego układu o ograniczeniu liczby atomowych pocisków strategicznych. Zdaniem zdecydowanej większości Amerykanów to za mało, nie tylko aby przejść do historii jako jeden z wielkich prezydentów Ameryki, ale nawet by marzyć o reelekcji. Z najnowszego sondażu Rasmussena wynika bowiem, że tylko 38 proc. głosujących chciałoby widzieć obecnego prezydenta w Białym Domu po 2012 roku.