Deklaracja Francois Baroina, cytowana przez wczorajsze wydanie dziennika „Wall Street Journal”, została odebrana jako wstęp do budowania de facto unii fiskalnej między dwoma gospodarkami. Zarówno Paryż, jak i Berlin od kilku miesięcy dawały do zrozumienia, że taki projekt jest dyskutowany.

Reklama

11 grudnia po spotkaniu we Freiburgu Nicolas Sarkozy i Angela Merkel zapowiedzieli, że będą dążyli do „konwergencji fiskalnej” obu krajów. Cztery dni później, po zakończeniu szczytu w Brukseli, niemiecka kanclerz po raz pierwszy wyszła naprzeciw francuskiemu pomysłowi budowy zalążka „europejskiego rządu gospodarczego”.

Według „WSJ” Sarkozy poparł forsowany przez Merkel kontrowersyjny plan zmiany traktatu lizbońskiego, dzięki któremu po 2013 roku ma powstać stały Europejski Mechanizm Stabilności Finansowej – w zamian za przychylność Berlina dla pomysłu powołania w ramach strefy euro rządu gospodarczego (jednym z jego głównych zadań powinna być według Paryża wspólna polityka fiskalna).

To jednak nie koniec. Tuż przed nowym rokiem minister finansów Christine Lagarde wezwała kraje strefy euro do „koordynacji polityki budżetowej i fiskalnej”. Państwa, które chciałyby zwiększyć swój eksport, musiałyby się konsultować w tej sprawie z innymi stolicami Unii (nadwyżka rachunku bieżącego Niemiec wynosi aż 6 proc. PKB). Podobne konsultacje miałyby też dotyczyć projektów ustaw podatkowych. Analitycy wątpią jednak w powodzenie planu Sarkozy’ego w wersji maksimum.

Harmonizacja systemu podatkowego obu krajów w praktyce będzie niezwykle trudna. Największą przeszkodą jest odmienna struktura gospodarki. Od wielu lat wzrost w Niemczech opiera się na eksporcie i inwestycjach przedsiębiorstw. We Francji na konsumpcji. Przez ostatnie 10 lat łączne opodatkowanie zysku firm niemieckich radykalnie obniżono – z 52 do 30 proc. We Francji podatek CIT wraz z innymi – jak podatki regionalne i podatki od inwestycji – wciąż przekraczają 40 proc.

Podatki od dochodów osobistych w obu krajach są zbliżone już dziś. We Francji progresywny system zakłada, że osoby o dochodach niższych niż 5,8 tys. euro rocznie nie płacą podatków, te od 5,8 do 11,7 tys. euro – płacą 5,5 proc., między 11,7 a 26 tys. euro – 14 proc., między 26 a 69 tys. euro – 30 proc., a powyżej tej kwoty – 41 proc. W Niemczech zwolnione z podatków są dochody do 8 tys. euro rocznie, osoby zarabiające między 8 a 13 tys. euro płacą 14 proc. podatków, między 13 a 52 tys. euro – 24 proc., między 52 a 250 tys. euro – 42, a powyżej tej kwoty – 45 proc.

Jednak francuski system podatkowy zawiera wiele ulg, które mają zapewnić utrzymanie odpowiednich dochodów gospodarstw domowych. Szczególnie znaczące są subwencje dla rodzin z dziećmi, które mogą liczyć na ulgi warte 2276 euro na każde z nich. Dzięki temu Francja, obok Irlandii, pozostaje państwem Unii o najwyższym przyroście naturalnym. W Niemczech tak duże ulgi nie istnieją, a dodatkowo państwo nakłada podatek solidarnościowy (5,5 proc.), który ma pomóc w rozwoju landów wschodnich.

Przeszkodą w harmonizacji podatków jest też odmienny stan finansów publicznych obu państw. Co prawda wielkość długu publicznego Francji (82 proc. PKB w 2010 roku) i Niemiec (76 proc. PKB) są zbliżone. Jednak już deficyt budżetowy Paryża będzie w tym roku przynajmniej dwukrotnie większy niż Berlina. A to bardzo ogranicza pole manewru francuskich władz w zmianie systemu fiskalnego kraju.

Niemcy eksportują swoje pomysły

Czy Francja powinna przebudować swój system podatkowy, wzorując się na Niemczech?

Tak, ale kopiując nie tyle strukturę systemu podatkowego Niemiec, która jest zbyt skomplikowana, ile pomysł ogólnej redukcji podatków. Przez kilka ostatnich lat dochody fiskalne Republiki Federalnej spadły aż o 4 punkty procentowe PKB do 37 procent produktu krajowego. W tym samym czasie francuskie władze wolały podnosić wydatki państwa. W konsekwencji są one dziś aż o 5 punktów procentowych PKB wyższe niż w Niemczech.

Czy przy tak różnych potrzebach francuskiego i niemieckiego państwa można zbudować podobne systemy podatkowe?

Jedynym wyjściem jest przeprowadzanie przez Paryż znaczącej redukcji wydatków publicznych. Konieczne jest również trwałe zrównoważenie budżetu państwa. Jeśli Francja pozostanie przy obecnym systemie fiskalnym i dodatkowo będzie chciała spłacić dług, łączna wysokość podatków przekroczy 50 proc. PKB. Przy tak dużej presji fiskalnej gospodarka przestaje się rozwijać w zadowalającym tempie.

Czy Niemcy staną się pod tym względem wzorem nie tylko dla Francji, ale także dla innych krajów strefy euro, a nawet Unii Europejskiej?

Zdecydowanie tak. Niektóre kraje już są zresztą na tej drodze: państwa skandynawskie, republiki bałtyckie, nawet Polska. Problem ten dotyczy jednak przed wszystkim tzw. krajów peryferyjnych strefy euro – tych, które w ostatnich miesiącach stanęły na skraju bankructwa, jak Grecja, Portugalia czy Irlandia. Ograniczenie podatków i jednocześnie wydatków państwa to dla nich jedyny sposób, aby odzyskać konkurencyjność i uzdrowić finanse.

Czy to może być początkiem unii fiskalnej w Europie, która powstałaby wokół Francji i Niemiec?

Nie sądzę, bo struktura gospodarcza Niemiec i Francji pozostaje bardzo różna i system fiskalny każdego z tych krajów musi to uwzględniać. Przebudowa francuskiej gospodarki musiałaby się zacząć od zmiany priorytetów wydatków państwa, a tego Nicolas Sarkozy wcale nie zapowiada.